Dawne Zawiercie w fotografiach i opowiadaniach

Stefan Stefański

Robociarskie dzieciństwo i młodość. Pamiętnik metalowca, włókniarza, robotnika ziemnego w jednej osobie (1935 r.)

Strona główna » Opowiadania » Robociarskie dzieciństwo i młodość. Pamiętnik metalowca, włókniar...

Pisanie ankiety to spowiedź, którą trzeba podpisać prawdziwym nazwiskiem – nie dlatego tylko, aby w razie „szczęśliwego upadku” nagroda trafiła, ale i dlatego, że ma być pisana prawda, gdyż taka jest pełnowartościową. Takie postępowanie uważam za moją Prawdę, chociaż wiem, że prawd jest tyle, ile jest idei, a może nawet ludzi.


Gdyby jednak ci, którzy urządzają ankietę napisali mi jak wygląda prawda dzisiejsza i gdzie jej poszukać, byłbym im niewymownie wdzięczny.


Ostatnią mą spowiedzią była spowiedź przedślubna 1917 r. w Sztumie (Prusy Zachodnie), która mnie tak zraziła, że od tego czasu do każdej czuję niewymowny wstręt, dlatego to do pisania ankiety zabrałem się dopiero po apelu krakowskiego Towarzystwa Uniwersytetu Robotniczego, umieszczonym w „Robotniku”, już w początkach czerwca br., gwałcąc swoje ja, chociaż o ankiecie wiedziałem z chwilą jej ogłoszenia.


Dla usprawiedliwienia mego wstrętu do spowiedzi opiszę przebieg ostatniej.


„Proszę ojca duchownego, ukradłem worek grochu.


Komu?


Gospodarzowi, u którego pracowałem.


Gdzie to było?


Na Sztumskim Polu.


Jak się ten gospodarz nazywa?


– Przepraszam, czy ja jest u sędziego śledczego?


Durniu, okoliczności łagodzące-e!” – krzyczy księżulo K-ski, aż się na całym kościele rozlega, a ludziska którzy tam przyszli, wysłuchać mszy dziękczynnej, odprawianej z okazji jakiejś udałej czy zmyślonej rzezi na froncie francuskim, aż gęby pootwierali ze zdziwienia, a może przerażenia, myśląc na pewno, że musi to być duży zbrodniarz (a był to tylko idiota, który wszędzie mówił i dotychczas mówi prawdę) skoro go ksiądz tak mocno karci.


„Okoliczności łagodzące?” – Trzeba mnie spytać co z tym zrobiłem, przepiłem czy przegrałem w karty – dałem kobiecie, matce siedmiorga dzieci, mąż jej na froncie rosyjskim od początku wojny, otrzymywane „brotkarty” im nie wystarczają, zarabiam mało, w domu matka i dwóch nieletnich braci, trzeba coś posłać – tu chciałem pomóc – nie było jak – ukradłem, ale... – „Precz bezbożniku, komunisto!” (wyraz ten dla mnie był obcy). W świętym oburzeniu rąbnął pięścią w konfesjonał – ja wstecz zwrot i gnałem ku wyjściu, ścigany rykiem duszpasterza: „Nie dam ślubu” i oczami wiernych.


Nie zdążyłem już powiedzieć, że żałuję, iż tak postąpiłem i że pracowałem ze zdwojoną energią, aby poszkodowanemu nagrodzić krzywdę.


Na koniec jeszcze na tym, ma teściowa otrzymała wezwanie stawienia się do parafii.


Wiem, że księżulo tajemnej spowiedzi nie uszanował, gdy jednego razu (mowa była o księdzu) powiedziała mi: „Dobry ty jesteś, ale głupi Rusku, co bym ja była taka głupia jak ty – dziura (więzienie) pewna!”. „Im musisz mówić wszystko dobre”.


Moje postanowienie poszło dalej, niż jej rada, gdyż od tego czasu nie spowiadam się już wcale – i dlatego tak długo nie mogłem zdecydować się na pisanie ankiety.


Robię z swego postanowienia wyjątek, jedynie dlatego, aby uczciwi wychowawcy mieli możność poznania nastroju robotnika i jeżeli nastawienie jest złe – starali się skierować je na lepsze tory.


Wiem, że ankiecie nie podołam, może jednak choć trochę w potrzebie pomogę.


Urodziłem się 7.12.1896 r. w Zawierciu, wówczas osadzie fabrycznej, ojciec mój, to robotnik Towarzystwa Akcyjnego „Zawiercie”, pochodził ze wsi Łośnice pod Zawierciem – syn ubogich wyrobników, ojca stracił bardzo wcześnie.


Wychowaniem jedynaka zajęła się matka, zarabiając praniem i prasowaniem bielizny w Zawierciu, a ponieważ jej zatrudnienie wymagało, aby tu stale przebywała, zamieszkała na Zuzance (kilka chałup), która obecnie jest jedną z ulic Zawiercia, pod tą nazwą.


Ojciec do szkoły nie chodził, bo jej wówczas nie było, umiał jednak poprawnie czytać i pisać po polsku i rosyjsku.


Gdy miał lat dwanaście, przyjęty został do Tow. Akc. „Zawiercie” na oddział przędzalni.


Od ojca nigdy nie słyszałem o jego młodości, natomiast jeden z jego dobrych przyjaciół, już zmarły S., którego bardzo lubiłem a on mi płacił wzajemnością, opowiadał mi dużo, gdy szłem z nim do lasu, na korzenie, z których plótł opałki, aby za uzyskane za nie pieniądze kupić dzieciom przyodziewek, gdyż zarobek w fabryce nie wystarczał.


Twój nieboszczyk ojciec – mówił stary przyjaciel ojca i mój – był dobry chłop, tylko psiakręć ta nieszczęsna wódka, do pracy nastał później niż ja, lecz był sprytnym i prędko mnie dogonił, został andryjerem, razem ze mną.


Był chwat! Nie bądź kto go zmusił, aby dał krwawo zapracowane grosze na wódkę, a mnie i innych słabszych krzywdzić nie dał. Po „gieltahu” – prawił stary – stała granda oprychów i na wychodzących z fabryki wymuszała datki na funde, gdy nie dał „dobrowolnie” tracił cały zarobek, a w zamian brał jeszcze mordobicie.


Mając takie przykłady, gdy był starszy, silniejszy, pił i bił, mszcząc się za doznane nieraz krzywdy i by nie być sam bity.


– Czy dzisiaj dzieje się inaczej? Nie – wiem, że bezrobotni z Zawiercia, których Fundusz Pracy wysyła do kamieniołomów w Zagnańsku, budowy kolei czy wałów ochronnych na Wiśle, narażeni są na to samo. Pozbawieni otoczenia rodziny, rodzeństwa, szukają rozrywki przy kartach, wódce i kobietach – takich, które za nieduże pieniądze dają im nie tylko miłość, ale i bardzo często choroby weneryczne.


Lotne [obwoźne] biblioteki niejednego uratowały od tych, niszczących zdrowie i krwawo zapracowane grosze – zabawek.


Gra jakiejś sztuki, rozwiązującej problem życiowy kształciłaby nie tylko pracującą tam młodzież i starszych, ale i miejscową ludność, której w wielu wypadkach kultura stoi bardzo nisko, a w każdym bądź razie niżej, niż przybytnich [przyjezdnych].


Matka moja i troje jej młodszego rodzeństwa, przybyli z rodzicami spod Jędrzejowa, gdzie ojciec jej był w dworze owczarzem.


Człowiek starszy, dzieci miał nieletnie, ciągnął do Zawiercia, gdyż wiedział, że tam ośmioletnie już pracują.


Długoletnia znojna praca nie dała mu żadnych oszczędności, będąc u schyłku życia, chciał w ten sposób zapewnić dzieciom egzystencję.


Po niedługim czasie, czworo dzieci zostało sierotami, a najstarsza dwunastoletnia Helena, moja matka, była ich jedyną opiekunką i żywicielką.


Mając lat dwadzieścia wyszła za mąż. Małżeństwo, młodsze rodzeństwo matki i ojca matka, zamieszkali razem.


W krótkim czasie, babka przeniosła się do wieczności, a w parę miesięcy potem ojciec został powołany do służby wojskowej.


Matka cały ten czas pracowała w fabryce na tkalni i w miarę możliwości pomagając młodszemu z rodzeństwa bratu, gdyż inni pomocy już nie potrzebowali.


Po odbyciu służby w wojsku rosyjskim i powrocie do kraju, ojciec otrzymał pracę w tejże samej fabryce, w której pracował przedtem.


Wolny czas spędzał przy butelce w gronie nie odstępujących go kolegów, przepijając nie tylko swoje, ale i krwawo zapracowane w fabryce pieniądze matki.


Na życie, od jednej wypłaty do drugiej, nieraz musiało wystarczyć to, co matka zebrała za mieszkanie odnajęte zamiejscowym dziewczętom, które pracowały w Tow. Akc. „Zawiercie” i to, co otrzymała za pranie i pracowanie, białych suto ubranych falbanami sukien, w jakie się ubierały ówczesne, z robotniczej sfery, elegantki.


Nie mówiła mi Kochana Matka, ile tego było, wiem – że koniec z końcem związać było trudno, a tu jeszcze dzieciska zaczęły się sypać! Powiększają się wydatki, a dochód się zmniejszył, bo matka nosząc mnie na łonie, uległa wypadkowi, schodząc do piwnicy – spadła z łamiących się schodów. Byłem czwartym ich dzieckiem, troje poprzedzających mnie zmarło. Mniemaniem ojca winna temu była matka swym nieumiejętnym obchodzeniem się z maleństwem, nie miał mu kto wytłumaczyć, że winne temu mogą być warunki, w jakich jego towarzyszka od lat młodocianych się znajdowała, a które nie pozwoliły na dostateczne rozwinięcie jej organów.


Sprawdzony lekarz stwierdził oberwanie (rupturę), zalecając unikania ciężkiej pracy. Od tej chwili pozostała matka w domu.


Ojciec, uderzony nieszczęściem otrzeźwiał – rzucił karty, kolegów od kieliszka, czas wolny po pracy poświęcał żonie, otoczył ją troskliwą opieką, przerywaną od czasu do czasu odwiedzinami wspólników niedawnych orgii pijackich, którzy tęsknili za dobrym kamratem, skwaszeni jednak chłodnym przyjęciem, pozostawili go żonie i obowiązkom. W cztery miesiące potem (mam na myśli nieszczęśliwy wypadek matki), ujrzałem światło dzienne.


Byłem dzieckiem słabym, z którym rodzice do czwartego roku życia mieli niemało kłopotów z tego powodu.


Strzykanie w uszach, częste zapalenie płuc i inne choroby, nie dawały wytchnienia tworowi ledwie powleczonemu skórką, przez którą można było policzyć wszystkie kości.


W tym okresie towarzyszami mych zabaw byli: rok starsza ode mnie Ludka i siedmioletni Janek, sieroty bez ojca i matki, dzieci młodszej siostry matczynej, cioci Józi, wychowaniem których zajmował się ich dziadek.


Dzieci większą część dnia spędzały u nas, mile przez rodziców widziane – tym bardziej, że brały na siebie obowiązek nie tyle bawienia, bo cherlak im w ich zabawach nie nadążył, ile pilnowania, bym się nie zbliżał do niedaleko bieżącej kolei.


Mieszkaliśmy u Gorzelanego, posesji położonej między ulicą Piaskową, wzdłuż której w odległości około stu metrów biegła linia kolei żelaznej, a dzisiejszą ulicą Szeroką, gdzie stało zaledwie parę domów, a środkiem płynął strumyk.


Matka, chcąc ojcu pomóc, prała i prasowała przynoszoną jej bieliznę i niańczyła rodzone co rok maleństwa, którym widać nie podobał się ten padół płaczu, gdyż prędko go opuszczały.


Janek z Ludką, choć zajęci zabawą, sumiennie jednak wywiązywali się z powierzonego im zadania, nie pozwalając zbliżyć się do kolei, gdy jednak szłem w przeciwną stronę, nie zwracali na to uwagi, toteż najczęściej przeprawiwszy się przez strumyk, szłem dalej, krocząc po pastwiskach, łąkach i między zbożami, obładowany zerwanym kwieciem.


Nieobecność mą najczęściej zauważyła matka, gdy wychodziła, aby zabrać dzieci na posiłek.
Ile to wtenczas biedne matczysko musiało się naszukać, nabiegać i martwić, aż znalazła mnie uśpionego, nadmiernego zmęczenia długą wędrówką, gdzieś na miedzy.


Mam w pamięci niedawny, bo z tego już lata, wypadek. Dwóch chłopczyków, zdaje się czworo i pięcioletni, wyrwawszy się z opieki rodziców, dostali się nad staw Tow. Akc. „Zawiercie”.


Zrywając kwiaty rosnące nad brzegiem, czy też przyglądając się pluskającym w stawie rybkom – poślizgnęli się i poszli na dno.


Spostrzeżono już dwa małe trupki, unoszone przez wodę – rozpacz powiadomionych matek była straszna.


Nadbiegający tłum ludzi pyta policjanta, co się stało?


„Dobrze tak! Już wydobywają drugiego, nauczą się matki pilnować dzieci”.


Rwący się głos i mina, mówiły co innego.


Prawo – za niedostateczny nadzór nad dziećmi, rodziców ukarze, są jednak matki, których ta przyjemność nigdy nie spotka, chociaż nie zadają sobie trudu wychowania ani pilnowania dzieci – objeżdżanie modnych magazynów, obmyślanie tańczącej herbatki, raut – a w najlepszym wypadku, zbiórka na murzynów-chrześcijan – no, ale pilnowaniem i wychowywaniem zajmuje się bona, a nieraz nawet jest ich kilka. Matka robotnica zostawia bez opieki swe dzieci, gdy idzie do lasu na drzewo, prać cudzą bieliznę, często żebrać – bo albo jest jedyną żywicielką, albo zarobek męża nie wystarcza, a dzieciska przecież chcę jeść – lecz co to obchodzi mędrców, mądrali lub dyktatorów, którzy „tworzą” prawo! Należałoby zatrudnić jedną bonę na kilkanaście dzieci robotniczych, która pokazałaby im to, co je zaciekawia i wyrywała złe skłonności.


Jeżeli już matka-robotnica, w dzisiejszym ustroju, innej jest warta, aniżeli ta, co zbiera na afrykańskich murzynów, którzy ją o to nie proszą, to starajmy się zaradzić temu sami, wyznaczając spośród roztropnych towarzyszek chętne, które brały dzieciarnie w las czy łąki i tu już nie tylko zwracały uwagę na ich bezpieczeństwo, ale i na uczciwe wychowanie.


Częste wycieczki w łąki wpłynęły na mój organizm dodatnio, stałem się zdrowszy, silniejszy, nie unikałem zabaw z rówieśnikami (Janek poszedł do szkoły, przychodził z Ludką w niedzielę, a ojciec każdy raz na odchodnym darzył go dodatkiem pieniężnym, upominając, aby ich użył na przybory szkolne, przed wieczorem prowadził dzieci do domu), którzy przestali mi dokuczać, przekonawszy się, że potrafię się skutecznie bronić, a często jeden z tych, którzy mi przedtem dokuczali, musiał się ratować ucieczką, jakby wiedząc, że na swych kabłąkowych nogach go nie dogonię, unikał mnie długo bojąc się odwetu.


W roku 1902 kryzys w przemyśle włókienniczym wyrzucił ojca na bruk. Dziś przypominam sobie, chociaż wtenczas nie zdawałem sobie z tego sprawy, jak matka z małym braciszkiem na ręku błagała ojca, by nie wstępował do policji, ja pomagałem matce płakać – płacze i ojczysko, chcąc przekonać, że zrobić to musi, bo przecież jego obowiązkiem wyżywić rodzinę – informował się i jako podoficer z wojska rosyjskiego, ma przyobiecane pozostać na miejscu, nie będzie więc tak źle.


W pomoc matce przyszli koledzy ojca: Maligłówka, Zieliński i Szczygieł (pierwsi dwaj, jak się dowiedziałem, już wtenczas byli członkami Polskiej Partii Socjalistycznej), którzy wiedząc, że go spotkało nieszczęście, przynieśli butelczynę, aby go przy niej pocieszyć – nie wiem, czy ich wywody, czy oświadczenie matki, że kilka zaoszczędzonych rubli, które pozwolą jakiś czas przeczekać, wpłynęło na to, że ojciec do policji nie poszedł.


Często z ojcem, obładowany wędkami, torbą z chlebem, szłem do okolicznych rzek na ryby czy na raki, aby uzyskane za nie pieniądze nie pozwoliły zbyt prędko wyczerpać skromnych oszczędności matki.


W kilka miesięcy potem ojciec otrzymał pracę w tejże samej fabryce w oddziale „drapalni” wraz z pozwoleniem posyłania mnie do ochronki fabrycznej.


Ochronka – dwie sale, każda z oddzielnym wejściem, w każdej z nich około pięćdziesiąt dzieci: chłopców i dziewcząt.


Tu uczono mnie liter, wierszyków, piosenek – dziewczęta uczyły się robót szydełkowych. Zabawy i gry, które wymyślały dla nas wychowawczynie, panie L. i W., dawały nam dużo zadowolenia. Po powrocie do domu matka nie poznawała swego wisusa, bez doganiania kolebałem młodego braciszka, nucąc mu piosenki, których wyuczyłem się w ochronce.


Pani L. stale mówiła: „Dzieci bądźcie grzeczne, słuchajcie rodziców, pomagajcie im w pracy domowej, jeżeli się dowiem, że robicie inaczej, to nie będę się z wami bawić, nie opowiem żadnej bajeczki”.


Za dobro, za zabawy i bajki – kochałem ją, zdawało mi się, że gdyby matka powiedziała jej, że się źle w domu sprawuję (często przychodziła dowiedzieć się o moim postępowaniu), to spotkałoby mnie duże nieszczęście, gdyby zagniewana nie pogładziła mych szczecinowatych kudłów.


Rok po ochronce przeminął prędko, do szkoły fabrycznej dostać się było trudno, bo za mało było miejsc a dużo kandydatów, prywatnych początkujących, czy nie było czy też ojciec nie czuł się na siłach, aby mnie do niej posłać – nie wiem, dość, że zajęciem moim stała się znów ulica.


Mieszkaliśmy wtenczas przy ulicy Fabrycznej – naprzeciw domy fabryczne Tow. Akc. „Zawiercie”, obok nich ogródki, w których przeważnie uprawiano warzywa.


Jeden z takich ogródków należał do urzędnika Towarzystwa, pana N.


Bawiąc się przed domem z bratem, nieraz widziałem jak chłopcy wskakiwali do tego ogródka, rwąc rzodkiewkę, kalarepkę, marchew – racząc się zdobyczą, rzucali i nam na „blat” (by nie mówić nikomu).


Pewnego razu postanowiłem dobrać się sam do tych smakołyków. Wskoczyłem do ogródka, łap kalarepkę i do płotu, a tu z tyłu trzyma ktoś za kołnierz: „Mam cię bratku, to ty takie zniszczenia robisz w ogródku? Mieszkasz naprzeciwko, chodź zobaczymy, co na to powiedzą rodzice”.


Drżałem – ojciec nie darował żadnego najmniejszego przewinienia, no a za to porządna będzie trzepaczka.


Matkę spotkaliśmy w sieni, gdy mnie zobaczyła z kalarepką w ręku, domyśliła się wszystkiego, patrzyła, to na mnie, to na p. N., łzy ciurkiem ciekły po twarzy.


To gorzej bolało niż lanie. „Mamo już nigdy nie będę, ja pierwszy raz i nigdy”.


„Niech się pani uspokoi, to dobry chłopak, on już tak robić nie będzie, trzeba jednak się starać czymś go zająć, do szkoły chodzi?”. – „Nie, do bezpłatnej fabrycznej to trudno, miejsc nie ma, gdzie indziej posłać nie starcza. Dziękuję panu i przepraszam za niego i za mnie, gdyby ojciec o tym wiedział! Panie, nie mogę patrzeć na to bicie, a i ja bym miała za swoje”.


„To już będzie naszą tajemnicą, a nad jego nauką pomyślimy. Syn mój niedługo będzie miał więcej czasu, to się tym zajmie! Chcesz się uczyć?” – uczyć chciałem się bardzo, rzuciłem mu się do rąk... „Dobrze, nie trzeba, nie myśl jednak, że za darmo, od dnia dzisiejszego będziesz pilnował, aby chłopcy nie psocili w ogródku”.


Poszedł, ścigany łzami wdzięczności – moimi i matki.


Czy ludzie, którym leży na sercu wychowanie i kształcenie, prowadzenie kół samokształceniowych wśród klasy robotniczej, masy chłopców i dziewcząt, pozbawionych możności uczęszczania do szkoły, narażonych na złe przykłady – są w możności do nich dotrzeć, bez pomocy państwa? Czy pomoc z tej strony nadejdzie?


Ludzie, przed którymi zamiarami i pracą piętrzą się olbrzymie trudności, chociaż by nawet ich dążenia nie wydały pożądanego wyniku, klasa robotnicza, gdy przyjdzie do słowa, już za same zamiary wybuduje dla nieznanych, obok Grobu Nieznanego Żołnierza – Grób Nieznanego Bojownika o człowieka lepszego, umiejącego odróżnić dobre od zła, w wielu wypadkach wykształconego, Bojownika o Nową Kulturę, gdzie człowiek drugiemu będzie przyjacielem – bratem a nie wilkiem.


Pamięć znanych ukamieni, wspomnienia ich otoczy czcią, pomniki dzisiejszych i nie dzisiejszych satrapów – którzy w myśl jakiejś uświęconej barbarzyńskiej kultury pchają miliony ludzi przeciw milionom w śmiertelny bój – jeżeli ocaleją, jako zabytki wstecznictwa, służyć będą za potwory, którymi mniej rozsądne matki straszyć będą niegrzeczne dzieci.


Gdyby jednak okazało się, że to fałszywi przyjaciele, że rozchodzi im się tylko o to, aby wiedzieć jak klasa robotnicza myśli i aby to uzyskać na jej niekorzyść – hańba jednym i drugim!
Pilnowałem ogródka sumiennie, drżąc z obawy, aby chłopcy nie wtargnęli, myśląc, że to mogłoby stać się powodem do utracenia możności nauki.


Wojna rosyjsko-japońska, rezerwiści wyjeżdżają do swych pułków, pojechał i ojciec.


Jeden z rezerwistów, zwolniony przez lekarza, po powrocie do Zawiercia opowiadał, że pod Nowym Radomskiem wykoleił się pociąg żołnierzy, dużo było zabitych i rannych, między innymi ojciec z rozwaloną głową.


Rozpacz kobiety obarczonej dwojgiem nieletnich dzieci, dla której wrota fabryki z powodu jej choroby były zamknięte, była straszna.


Wieczorem, przechodząc korytarzem, widziałem ojca stojącego w kącie z obandażowaną głową, i chociaż dla mnie był srogi, teraz go się nie bałem – szłem z rozłożonymi rękoma chcąc go objąć, łapałem próżnię. Matki teraz przeważnie w domu nie było, chodziła do gminy z innymi kobietami, upominać się o zapomogę, której nigdy na czas nie było, biegła – gdy dowiedziała się, że która z kobiet dostała list od męża, który razem z ojcem wyjechał, w nadziei, że dowie się co pewniejszego.


W domu pozostawał sam, niespełna 4-letni braciszek, gdyż i ja większą część dnia przebywałem u państwa N., syn których p. Antoni uczył mnie.


W wolnej chwili biegałem zobaczyć, co w domu porabia mały, najczęściej wyciągałem go spod łóżka, gdzie się chował, uważając, że tam jest bezpieczny.


Zziębniętego pakowałem w łóżko, prosząc, by z niego nie wychodził, dawałem przyniesione pożywienie od państwa N. i zamknąwszy drzwi, wracałem do przerwanej nauki.


W każdym dniu roboczym, od godziny 9-tej rozpoczynałem naukę, poprzedzoną posiłkiem, którego mi nie skąpiono.


Czytanki, przepisywanie z książki, rachunki, dyktando – do godziny 12-tej, potem dostawałem obiad i miałem przerwę do godziny 3-ej, podczas której biegłem zobaczyć, co się dzieje w domu i chcąc się odwdzięczyć moim dobroczyńcom, szłem do komórki i porozrąbywane już szczapy drzewa rąbałem na drobne.


Kochany mój nauczyciel sprawdzał przez ten czas moją pisaninę.


Od godziny trzeciej pogadanki z historii Polski – te mi się bardzo podobały i pojmowałem je szybko, czym się wielce szczycił p. Antoni przed rodzicami i starszą od siebie siostrą.


Po skończonych lekcjach przynosiłem drzewa, aby było pod ręką w dniu następnym.

Zabierałem się nawet do noszenia wody, lecz na to mi nie pozwalano, tłumacząc, że jest to praca dla mnie za ciężka.


Wracałem do domu, wieczory spędzałem przy matce i bracie, czytając powiastki, których już przedtem płynnie czytać się nauczyłem.


O ojcu nie mieliśmy żadnej wiadomości, uważano nas za sieroty.


Jednego wieczoru czytałem, a matka trzymając uśpionego brata na kolanach słuchała, a może myślała o swym losie, gdy wtem pies Finka wyskoczył spod stołu, zaczął skomleć, skakać, drapać w drzwi, ktoś puka, otwieramy – ojciec.


Papacha, długi szynel, buty filcowe, w ręku kij – ranny w nogę pod Mukdenem wracał ze szpitala z nadzieją, że nie powróci tam więcej.


Radość nasza była duża, a gdy ojciec powiedział, że ranna noga nie będzie mu przeszkadzała w uzyskaniu pracy, czuliśmy się tak, jakby wszystko zło było już poza nami.


Wkrótce ojciec powrócił do swej pracy, matka do obowiązków domowych, ja nadal czerpałem naukę ze skarbnicy młodocianego nauczyciela, wolne chwile spędzające z nim na grze w krykieta, robieniu pałaszy, karabinów i rogatywek, w które się stroiłem, paradując po ogródku.


Pewnego razu źle skończyło się paradowanie, kilku chłopców wywołało mnie na podwórze, gdzie chcieli rozbroić żołnierza – nie pozwoliłem, wówczas zaczęli mnie siec niemiłosiernie wierzbowymi prętami – dobyłem pałasza z walcówki i dalej płazować napastników.


Jeden z nich, Lodek, chłopak zwinny, dokuczał mi piekielnie, waląc prętami gdzie popadło – ja go po głowie – krew! Wszyscy w nogi, ja gnałem na Zuzankę (przedmieście) wiedząc, że tam jest matka, która walne lanie ojcowskie, jakiego byłem pewny, skróci.


W mieszkaniu zastaliśmy już Lodka z obandażowaną głową i jego rodziców, którzy przeszli tu nie dlatego, aby się skarżyć, lecz aby wpłynąć na ojca, by darował mi winę, gdyż jak mówili, Lodek dostał tylko to, czego dawno wśród chłopców szukał.


Lodek brał całą winę na siebie i zapewniał, że rana go nawet nie boli. Zabawa pałaszami się skończyła, na szczęście bez większych i groźniejszych następstw.


Byliśmy od tego czasu najlepszymi przyjaciółmi, przy zabawie nie obeszło się niekiedy i bez kłótni, lecz wtedy wkraczała w to młodsza od Lodka jego siostrzyczka, która brała winnego brata za uszy i prowadziła do domu, za karę – upominając, że nie wolno z domu wychodzić, aż ona zawoła.


Najczęściej już w drodze winny przyrzekał poprawę i wracaliśmy, bawiąc się zgodnie aż miło.
Kochaliśmy ją widocznie obaj bardzo, jeżeli ona, mała kruszynka, potrafiła czupurnych kogutów ujarzmić.


Nareszcie – mając skończonych lat dziewięć, poszedłem do szkoły. Nauka szła mi dobrze, rodzice byli ze mnie zadowoleni, a ojciec chciał widzieć mnie w przyszłości nauczycielem.


Pewnego razu, było to w dniu wolnym od zajęć szkolnych, nie pamiętam już z jakiej przyczyny, bawiąc się z chłopcami na podwórzu otaczającym dom, w którym mieszkaliśmy – słyszymy „Krew naszą długo leją katy”, biegniemy w kierunku Resursy Tow. Akc. „Zawiercie”, skąd dochodzą głosy „Czerwonego Sztandaru” – zatrzymuje mnie mój pierwszy nauczyciel p. Antoni.


„Gdzie pędzisz?” – Tam śpiewać. „Co wolisz – »Boże coś Polskę« czy »Krew naszą...«?” To i to. „Co lepiej?” – „Krew naszą” i pobiegłem, przyłączając swój chłopięcy głos do głosów grupy protestujących, zdaje mi się w ten sposób przeciwko przedwyborczemu zebraniu do Dumy, które odbywało się w resursie.


Ludzie się rozbiegli, za chwilę ukazali się kozacy, których chłopcy przywitali gwizdaniem i kamieniami – po czym znikli jak stado wróbli przed jastrzębiem. Od tej chwili mój były nauczyciel przestał się mną interesować i chociaż ja, spotkawszy go, witałem radośnie, był dla mnie nie taki jak dawniej – był zimny.


Umiałem „Boże coś Polskę”, pieśń błagalną o Wolność i Ojczyznę i nieraz ją z mym nauczycielem śpiewałem, wiedziałem jednak, że „Czerwony Sztandar” to pieśń bojowa tych, co za swych gnębicieli uważają nie tylko zaborców, ale i polskich i niepolskich panów, żyjących z wyzysku uprawianego na robotnikach, to znaczy moich rodzicach i kolegach mojego ojca, którzy jak dowiedziałem się parę lat później, byli członkami PPS-u, a którzy ojca często odwiedzali, rozprawiając o swych potrzebach, o walce przeciwko caratowi i panom, o prowokacji Enpeeru [Narodowa Partia Robotnicza] – pańskich sługusów, o zabiciu przez nich robotnika Łukaszka (może się inaczej nazywał, mogłem zapomnieć) o sprzedajności kleru i jednym słowem o wszystkim, co w tym czasie interesowało robotnika.


„Czerwony Sztandar” był ich pieśnią a zatem i moją, była mi więc milsza niż inna. Siedząc w komórce, do której wejście było z mieszkania, uchyliwszy drzwi, słuchałem tych wywodów – te zrobiły mnie tym, kim jestem, chociaż nie mam na to paszportu.


Ojciec członkiem PPS-u nie był – darzyli go jednak swym zaufaniem.


Pamiętam dzień, w którym robotnicy fabryki Huldczyńskiego walczyli zaciekle z kozakami.


Bójka wynikła na tle jakiegoś zatargu (nie wiem, o co się rozchodziło), syreny fabryczne ryczały przeraźliwie, dzwony kościelne dobywały głosu jak nigdy, na ulicach krzyk, zgiełk i wzywanie „Do broni, do broni!”.


U nas w mieszkaniu około dziesięciu zdrowych mężczyzn – tych rozumiejących potrzebę walki i solidarności robotniczej, siedziało cichuteńko, zasłoniwszy okno grubą chustą, aby przejeżdżający patrol światła nie zobaczył. Ich świadomość czyniła z nich przywódców.

 

***

 


Na jednej lekcji z historii ojczystej, nauczyciel opowiada panowanie Bolesława Śmiałego – tragiczny koniec wywołał przygnębiające wrażenie – on to widzi. „Gdy będziecie nieco starsi, czytając nawet powieści Kraszewskiego, osnute na tle historii Polski, dowiecie się, że Bolesław Śmiały zasługuje nie na potępienie, jak to widać z podręczników szkolnych, a raczej na współczucie”.


Dzieł Kraszewskiego poszukiwałem, z nich dowiedziałem się, że w większości wypadków dla arystokratów kościoła bliższym był interes Rzymu niż Ojczyzny.


Poeta Ducha [Juliusz Słowacki], gdy przestrzega Polskę przed klerykalizmem, woła do niej... „twa zguba w Rzymie” – i On widział to, o czym oględnie pisał Kraszewski.


Byłem źle usposobiony do kleru i praktyk religijnych – religią, jako jedynym z przedmiotów nauki, interesowałem się bardzo, a że rodzice moi modlącymi się nie byli, uważałem, że jestem w porządku.


Pewnego razu na naukę z religii przyszedł ksiądz proboszcz, dziś już kanonik, sprawdzić widocznie, jak daleko zapoznał nas z tym przedmiotem ksiądz prefekt.


„Wiemy, mówi proboszcz, w przeciągu jakiego czasu Bóg stworzył świat, uczeni jednak dowodzą i przekonują nas, że drzewo, aby zmieniło się w węgiel, potrzebuje parę milionów lat, religia dowodzi, że świat istnieje niecałe 6 tys. lat, jakże się to więc stało?”.


Ja daję odpowiedź – „Pan Bóg jest wszechmocny i wszechwiedzący, wiedział, że ludzie będą potrzebowali węgla, więc swą wszechmocą tak urządził”. „Dobrze, każdemu wierzącemu odpowiedź taka wystarczy, wśród uczonych jest jednak dużo niedowiarków?”.


„Pan Bóg – odpowiadam, tworzył świat okresami: w jednym światło, w innym ziemię itd., dziś te okresy nazywamy dniami”.


„Bóg stworzył jeden świat, w Starym Testamencie słyszymy tylko o Europie, Azji i Afryce, niezbyt dawno dowiadujemy się, że jest jeszcze Ameryka i Australia”.


„Uczeni powiadają nam, że w takim razie Bóg musiał stworzyć światów kilka oraz innych ludzi rozmaitych kolorów, oprócz Adama i Ewy”.


I tym razem daję odpowiedź: „Bóg swą wszechmocą oddzielił wody od lądu – była jedna kula ziemska, otoczona wodami, rozmnożeni ludzie dotarli do wszystkich jej zakątków, wody podmulały, rwały ląd, aż z czasem oddzieliły jedną połać od drugiej, a że ludzie są kolorowi, na to wpływał klimat”.


Ksiądz z mojej wypowiedzi był zadowolony, stawiał mnie za wzór innym, tylko ja nie mogłem z myślami się uporać.


Jak to? Bóg przecież jest wszechmocny, wystarczyłoby gdyby powiedział – „Ma się stać” to czy owo, a przecież jest wszechmocny, stać się powinno.


Tu było inaczej, musiał wszystko robić stopniowo.


Gdy byłem starszy, wytłumaczyłem sobie istnienie Boga, ja sobie tym głowy nabijać nie potrzebuję, tym bardziej, że i kary obawiać się nie potrzebuję, bo źle nie robię.

 

***

 


Nauczyciele i nauczycielki, to przeważnie ludzie dobrzy, przełożony szkoły dawał się nam chłopcom dobrze we znaki, umiał tylko karać batem, bił sam lub posyłał do stróża Pawła, ten pyta chłopca, co przeskrobał, gdy był przekonany, że chłopak na baty nie zasługuje, kazał krzyczeć jak najgłośniej, waląc batem po ławce, odchodzącego upominał: „Jak będziesz wchodził do klasy, nie zapomnij drapać się po tyłku!” i mamrotał. „Psiekrwie, nadali się oba z Biedroniem” (Biedroń był to znany w Zawierciu awanturnik – tu stróż miał na myśli dyrektora fabryki T.A.Z., który swą tęgą figurą go przypominał, a z kierownikiem szkoły dobrze się zachowywał).


Paweł miał więcej poczucia sprawiedliwości, niż przełożony.


Jednego razu podczas pauzy, graliśmy w węża: kilkunastu chłopców, chwyciwszy się za ręce, ciągnęło się z całych sił, raptem w biegu skręcając – koniec zmuszony robić duży promień, wyciągał nogi co sił – nie zdążyłem, wywróciłem kozła i upadłem pod nogi jednemu ze stojących opodal chłopców i zwaliłem go na ziemię.


Zerwał się dryblas i począł mnie walić, nic nie pomagało tłumaczenie, że go nie chciałem, grzmocił po łbie dalej.


W oknie kancelarii szkolnej siedzi pan przełożony i przygląda się – nie bronię się nawet, pewny, że Julka odwoła – gdzie tam, nie widzi nawet, że nadbiegła siostra mego dręczyciela, drapie mi twarz niby kotka.


Gdy jednak się przekonuję, że gdybym nawet przeciw Julkowi zawinił, to już mam dość i że odwołania od pana przełożonego się nie doczekam, zacząłem oddawać razy i wyzyskawszy moment, oswobodziłem się od mego przeciwnika „bykiem” – zobaczył, krzycząc „Czekaj zbóju, bandyto, ja ci dam!”.


Po pauzie, pan przełożony kazał mi przeprosić Julka, gdyż inaczej dostanę lanie – wziąłem lanie.


Dopiero po śmierci ojca dowiedziałem się, dlaczego przełożony pan P. był do mnie taki uprzedzony – gdzieś przy kieliszku (p. P. w tych czasach „czystą” nie gardził) spotkali się z ojcem i pokłócili mocno, rozprawiając o polityce.


Dziś dzieci, które należą do „Czerwonego Harcerstwa” lub takie, których rodzice są „niebłagonadieżnyje” [„nieprawomyślni”], może się biją, ale im szykan nie szczędzą. Gdyby tych udało się dokształcić (mam na myśli nauczycieli, naturalnie nie wszystkich) społeczeństwo zyskałoby dużo.


Prędko minął mój najlepszy okres dzieciństwa. Ojcu ranna noga nie bardzo dokuczała, ale przeziębiwszy się na froncie, kaszlał stale, na domiar złego od czasu do czasu do butelki zajrzał zdrowo.


Choroba – wzięto go do szpitala Tow. Akc. „Zawiercie”. Przeleżał parę miesięcy, przez ten czas żyliśmy z zapomóg wypłacanych przez administrację Towarzystwa – i skromnych oszczędności, jakie zrobiła matka, kryjąc się z tym przed ojcem.


Po wyjściu ze szpitala, w którym go dłużej trzymać nie chciano, ojciec już pracować nie mógł, szybko rozwijająca się gruźlica nie pozwalała – trzeba było pomyśleć, jak żyć z żoną i trojgiem dzieci, tym bardziej, że i zapomogi z fabryki odmówiono.


Wynajęliśmy mieszkanie na Argentynie, dzielnicy na obmyślany cel najodpowiedniejszej, gdyż tu mieszkali robotnicy fabryk: Erbego i Huldczyńskiego, którzy zarabiali dobrze i poważną część zarobków zostawiali w karczmie, może dadzą utargować i nam, gdyż rodzice postanowili potajemnie sprzedawać wódkę.


Po przyjściu ze szkoły obowiązkiem moim było dostarczyć z monopolu wódki, ojciec leżał w łóżku, w dnie pogodne i gdy czuł się lepiej – w obok położonym lasku Towarzystwa, matka zajmowała się sprzedażą, przynoszony alkohol przechowywaliśmy u życzliwych sąsiadów, w obawie, aby podczas rewizji akcyza zabierając go, materialnie nas nie skrzywdziła.


Rodzice złościli się na mnie, że jestem niedbały, bo gdy mnie poślą po wódkę, nie wiem, kiedy powrócić.


Pewnego razu ojciec, nie mogąc się na mnie doczekać – wyszedł i zobaczył mnie wychodzącego z przeciwnej strony, w ten sposób zdążając do domu potrzebowałem 5 razy więcej czasu niż normalnie.


Wtem chmara chłopców z „Domów Tow. Akc. »Zawiercie«”, wybiegła zza sosen (było to jakieś 200 kroków od domu, w którym mieszkaliśmy) waląc we mnie i kosz kamieniami – krzyczała „Potłuczmy gorzałę, nie będą cholery sprzedawać”.


Głowa broczyła krwią, z rozbitych w koszu butelek lała się wódka, dopiero gdy moi prześladowcy zobaczyli nadchodzącego ojca i biegnących w pomoc chłopaków od sąsiadów – uciekli.


Myłem przecięty łeb, a ojczysko łkał strasznie! – we mnie coś się stało! Nie wiem jak i kiedy znalazłem się w objęciach ojca – zrozumiał, dlaczego nie chciałem się tłumaczyć, gdy zarzucano mi niedbalstwo.


Odwiedzali potajemną karczmę włókniarze, którzy niedaleko mieszkali, a ich chłopcy, którzy przez to nieraz musieli zjeść mniejszy kęs chleba, wiedząc, gdzie idą i na co pieniądze, chcieli swą krzywdę przynajmniej na mnie odbić, pilnowali, wiedząc że przychodzić muszę: chcąc zmylić ich czujność, wybierałem coraz to inną, okrężną drogę. Podpici często przesiadywali do później nocy, a ja leżałem obok łóżka na sienniku, nie rozebrany, aby być gotowy, gdy który zażąda przyniesienia zakąski.


Nie cierpiałem ich – dziś wiem, że żyliśmy dzięki dobroci tych ludzi, którym wygodniej i milej byłoby posiedzieć w restauracji, odległej o parę kroków, aniżeli w izbie, w której leżał chory gruźlik – chcieli nam pomóc, robili to jak umieli. Lekcje odrabiałem wczas rano, a na przeczytanie jakiej książki czasu nie było.


W grudniu 1910 r. zmarł ojciec, pozostawiając pod opieką matki trzech chłopców: trzynasto-, ośmio- i trzyletniego, wraz z obowiązkiem spłacenia 60 rubli, zaciągniętych w Towarzystwie Pożyczkowo-Oszczędnościowym w Zawierciu, podczas jego choroby.


Matka w dalszym ciągu sprzedawała wódkę, narażona na awantury z kobietami, którym się zdawało, że do innej karczmy ich mężowie by nie trafili, oraz nieprzyjemności ze strony policji i akcyzy, którzy coraz częściej domagali się łapówek, za co przez pewien czas zostawiali nas w spokoju.


Dla mnie warunki, w jakich obecnie żyliśmy, wydawały się nie do zniesienia. W czasie wakacji pracowałem u murarza, nosząc wapno i cegłę, i chociaż praca była ciężka, czułem się w niej lepiej niż w domu.


Obowiązek noszenia wódek przejął młodszy brat i matka.


Po wakacjach – byłem już uczniem czwartego oddziału, dwuklasowej, pięciooddziałowej szkoły – coś jakby się we mnie załamało – usypiałem nad książką w domu i w szkole, arytmetyka, która była dla mnie ulubionym i łatwym przedmiotem, w łeb nie szła, byłem wyczerpany, czułem potrzebę spoczynku, spokoju, czego niestety w domu znaleźć nie mogłem.


Gdy przyniosłem świadectwo szkolne za pierwsze półrocze i matka zobaczyła dwóję nawet z tego, co przychodziło mi z łatwością – robiła mi gorzkie wymówki, przypisując niedbałość mą brakowi twardej ojcowskiej ręki. W niespełna tydzień nie mogłem się już podnieść z łóżka, wezwany lekarz stwierdził wyczerpanie i potrzebę dłuższego spoczynku.


Przeleżałem miesiąc, po czym wróciłem do szkoły z postanowieniem odrobienia złego.
W trzecim kwartale skasowałem dwójki, a w czwartym zasłużyłem na to, że przełożony szkoły, w obecności całej klasy i nauczyciela oddziału, oświadczył mi: „Puściłbym cię bez zdawania egzaminu, do piątego oddziału, ale że jesteś drań, będziesz zdawał” (dobrze uczących się przepuszczano do wyższych oddziałów bez egzaminu).


Nie byłem gorszy od innych chłopców, ale nieraz, gdy ktoś co spsocił, chcąc się dowiedzieć, kto to robił, przełożony wołał mnie, wiedząc, że mam mir wśród chłopców i pytał: Ty to zrobiłeś? – Nie. – Wiesz, kto to zrobił – mów! Milczałem i brałem baty.


Przełożony lubił lizusów i skarżypytów, ja nieraz słyszał, z jaką pogardą o takich wyrażali się robotnicy, którzy do nas przychodzili po wódkę i za wszelką cenę takim być nie chciałem i nie chcę, a pisząc teraz czuję się nieswojo o kimś mówić źle.


Przełożony szkoły i za to mnie nie lubił i często mi przepowiadał, że zostanę bandytą, w czym się na szczęście pomylił, gdyż dla pieniędzy nie zabiłbym nikogo!


Rozżalony niesprawiedliwością powiedziałem, że takie przechodzenie jest potrzebne lizusom, gdyż dobrze uczący się z egzaminem da sobie radę.


„Zobaczymy” – i wyszedł.


Podczas egzaminów był wciąż obecny i nie zapomniał nigdy zadać pytania w nadziei, że mnie obetnie.


Ostatni egzamin z geografii i krajoznawstwa. Wywołany, stoję przed mapą olbrzymiego Imperium Rosyjskiego, na zadawane pytania przez p. przełożonego w języku rosyjskim – odpowiadam, przeskakując z jednego krańca na drugi.


„Płoszę pana, upłynęło już czterdzieści minut, pozostaje nam bardzo mało czasu dla innych” – to kochany przez nas wszystkich nauczyciel p. K., któregośmy nazywali „Dziadkiem Głucą” (na czole miał olbrzymi guz i nie umiał wymawiać „r”) w ten sposób reaguje, chcąc przyjść mi z pomocą, przełożony szybko wyszedł, mnie posłano na miejsce, za chwilę rozległ się dzwonek na pauzę.


Kilkunastu chłopców i dziewcząt otoczyło kochanego Dziadka, dziękując mu za mnie.


Opisuję obszernie niektóre wypadki w nadziei, że może komu na coś się przysłużą.


Po skończonych wakacjach, tym razem pracowałem na cegielni, odwożąc cegłę od kieratu, gdzie zarabiałem 30 kopiejek za pracę od szóstej rano do szóstej wieczorem z jednogodzinną przerwą obiadową, byłem już uczniem piątego oddziału i 1 kwietnia przestałem chodzić do szkoły.


Matce tak dokuczały częste awantury podpitych, że temu nie oponowała – tym bardziej, że skończyłem lat piętnaście i mogłem być przyjęty do fabryki.


W parę dni potem, zostałem przyjęty do fabryki odlewów kuto-lanych p. Erbego w Zawierciu, do oddziału odlewni, gdzie zatrudniono mnie przy robieniu karni, potrzebnych do form, za co płacono mi 45 kopiejek dziennie, praca trwała od godziny 6-tej rano, do 6-tej wieczorem – normalnych przerw na jedzenie posiłku nie było, jadło się, gdy był wolniejszy czas.


Formierz, któremu robiłem karnie do kranów i kluczy (karnie robione z masy złożonej z piasku i mułu, umieszczano w formie tak, że oblewające je żelazo pozostawiało potrzebne otwory) robił gus (gatunek żelaza), który wychodził raz dziennie, starałem się mieć karnie na zapas, kierując tak, by wolny czas poświęcić na wywalanie kastli (ramki żelazne, napełniane piaskiem formierskim, w których odbijano model) tymi formierzami, którzy lali na tak zwany tenper, wychodzący dwa lub trzy razy dziennie.


Obsługując trzech takich formierzy, miałem za to 1 rubel 50 kopiejek tygodniowo, co łącznie z wypłatą wynosiło więcej niż 4 rb.


Dziesięcioletni brat pracował na cegielni, zarabiając 25 kop. dziennie. (do szkoły nie chodził, bo fabryczna była dla niego zamknięta, ponieważ w niej nikt z domu nie pracował, na prywatną pieniędzy nie było).


Dochód ten pozwolił nam zlikwidować knajpę, mieliśmy upragniony spokój, myślałem o dalszej nauce, miałem zamiar brać korepetycje, aby potem, gdy brat będzie zarabiał więcej i da matce utrzymanie – urzeczywistnić ojca marzenia i zostać nauczycielem, spodziewając się, że na związane z tym koszta zaoszczędzę.


Ciężka praca fizyczna nie pozwoliła mi na urzeczywistnienie zamiarów, przychodziłem taki zmęczony, że nieraz przy kolacji zasypiałem i nie czułem, kiedy mnie matka kładła w łóżko.
O samokształceniu i jakiejkolwiek nauce w takich warunkach nie było nawet mowy – ciężkie warunki pracy wpływały ujemnie na moją chęć samokształcenia.


Po roku dostałem się na warsztat, tzn. dano mnie formować – jako początkujący zarabiałem osiem rb. tygodniowo, czasami i więcej.


Wzrok miałem od urodzenia bardzo słaby, ciągła praca przy ogniu nadwerężała go bardzo – rozumiałem, że pracując tu dłużej, oślepnę.


W marcu 1914 r., wiedząc, że matka zrobiła pewne oszczędności, postanowiłem poszukać innej pracy.


Jeden z mych kolegów, pracujący jako elektromonter w „Zakładach Siemensa” w Warszawie, zapewniał mnie, że tu pracę otrzymam. Pojechałem i zamieszkałem na ulicy Polnej 36 a.
Mieszkało tu i czterech innych, nieco starszych monterów, którzy radzili na razie nie iść do zakładów, lecz obracać „fuchy”, których mieli dużo – przez ten czas pod ich kierunkiem prędzej zapoznam się z pracą i gdy wówczas przyjdę do zakładów i kierownictwo przekona się, że nie jestem nowicjuszem, otrzymam na godzinę więcej.


Praca mi się podobała, byłem z niej zadowolony, tym bardziej, że i matce mogłem z niej coś posłać – matka nie mogła pogodzić się z rozstaniem i stale pisała, abym powrócił, a gdy napisała, że znalazła dla mnie pracę odpowiedniejszą – powróciłem.


Pracowałem w fabryce „Krawczyk i Ska” i chociaż też w odlewni żelaza, było tu dla mnie lepiej, bo odlewy nie były częste, lecz niestety, nie pracowałem długo, za trzy tygodnie wybuchła wojna europejska, a ja z wieloma poszedłem na ulicę.


Żyliśmy z niedużych oszczędności, jakie posiadała matka, dnie spędzając na zbieraniu grzybów, borówek i drzewa w lesie.


W tym czasie, władze rosyjskie w gwałtownym pośpiechu i chaotycznie opuszczały nasze miasto, wysadzając za sobą mosty kolejowe.
W parę dni potem wkroczyły wojska niemieckie i austriackie.


Na ulicach krzyk i zgiełk – nadchodzące oddziały wojska rozbiegają się, szukając kwaterunku i pożywienia.


„Worszt, worszt – kielbas?” – słychać wciąż na ulicy, przy żołnierzach chmara chłopców, którzy wskazują, gdzie można nabyć potrzebne artykuły, za co często nagradzani są kęsami, za oddziałami pieszych ciągną się furgony i armaty – tak całe dnie i noce. Wszystko to zdąża w kierunku północno-wschodnim, skąd cichą nocą dochodzą odgłosy strzałów – mrokiem powleczone niebo raz po raz rozdzierają błyski, jak w czasie burzy szybko po sobie uderzających piorunów – toczy się bitwa.


Wczesnym rankiem podwody wiozą rannych do dworca, skąd do Niemiec.
Dowozu żywości nie ma, w mieście głód, kobiety pod piekarniami wyrywają sobie chleb wyglądu rozparzonej gliny – mężczyzn tu nie widać, ci ukrywają się, by przypadkiem nie dostać się w ręce austriackich żołnierzy, którzy każdego spotkanego zabierają do roboty przy naprawie dróg, nic za to nie płacąc a bardzo często trzymają do późnej nocy o głodzie.


Wszyscy dziś myślą o jednym – jak zdobyć żywność! Jest to troską bezrobotnego i pracującego, któremu fabryki płacą bonami, a których nie bardzo chcą brać, chyba że z dużą stratą, tracąc zadowolenie, by tylko kupić coś z artykułów żywnościowych.


Front przesunął się dalej na północny wschód, z okolicznych wiosek przywożą chłopi produkty – pieniędzy rosyjskich, do jakich mają zaufanie, brak (podobno potem, mnie już w Zawierciu nie było, postarali się o to przemyślni jak wciąż Żydzi, skupiwszy na wyrób banknotów wszystkie paszporty rosyjskie) – biorą maszyny, szafy, stoły, łóżka, krzesła i poszukują „kancap”, lepszą odzież i buty – proletariat oddaje wszystko za ziemniaki, a chłopi się pytają, czy mogą być nieskrobane.


Ci, co nie mają nic – głodują, żebrzą po wsiach i wyglądają miłosierdzia.


W czasie tym rozchodzi się wieść, że za pośrednictwem miejscowego proboszcza rekrutują robotników na wyjazd do Niemiec, na roboty rolne.


Trzynastego października 1914 r. wyjechałem do tych robót, chociaż o nich, jak i olbrzymia większość innych, nie miałem najmniejszego pojęcia, w nadziei, że 1 grudnia tegoż roku powrócę (tak nam bowiem mówiono przed odjazdem) a zapracowane pieniądze przedłużą naszą wegetację.


O matkę i braci byłem spokojny, wiedząc, że posiadany zapas żywności, nabyty za posiadane po ojcu książki powieściowe, do tego czasu im wystarczy.


Mysłowickie Biuro skierowało nas do Sztumu w Prusach Zachodnich. Tu w podwórzu Landratsamtu (starostwa) przydzielano nas do gburów (tak w miejscowym języku ludność mówiąca po polsku, nazywała posiadaczy majątków ziemskich) z powiatów sztumskiego, malborskiego, kwidzyńskiego i suskiego.


Grupa, do której i ja należałem, osiemnastu mężczyzn i cztery kobiety, przeznaczona została do Hospitalsdorfu (Szpitalne), majątku w powiecie sztumskim, odległego o pięć, może sześć kilometrów od miasta powiatowego.


Właściciel tego majątku, Niemiec Put, ulokował nas w dwóch izbach. W jednej, przeznaczonej dla kobiet, stała zbita z desek prycza, zaścielana słomą, służyła za dość wygodne legowisko – mieszkanie to było jednocześnie naszą kuchnią. W drugiej izbie, przeznaczonej dla mężczyzn, przybita do podłogi, długa sięgająca do ściany deska – tu nałożyliśmy słomy i sypialnia gotowa.


Praca przy kopaniu ziemniaków, buraków pastewnych i cukrowych, dla nas nieprzyzwyczajonych, była bardzo ciężka.


Nie raz wracaliśmy z pracy przemoknięci do ostatniej nitki, nie było gdzie wszystkiego wysuszyć, a nawet i przy czym, bo opału wydawano mało – kładliśmy się spać w ubraniu, aby przez noc wyschło, leżąc wyciągnięci jak struny, radzi, że ciasno, bo cieplej.


Wszy żarły nas niemiłosiernie.


Za pracę otrzymywaliśmy markę dziennie i jedzenie, które gotowała jedna z naszych kobiet – ta w porozumieniu ze swym i innych kobiet kochankami, okradała nas z jedzenia, co było powodem ciągłych kłótni, które kończyły się bójkami.


Nie mogliśmy doczekać 1 grudnia, w myśl kontraktu, dnia naszego powrotu do domu.


Przed pierwszym, czytaliśmy wywieszone ogłoszenia: że uważani jesteśmy za jeńców cywilnych, że pobyt nasz trwać będzie do ukończenia wojny, że winniśmy być wdzięczni pracodawcom za ofiarowaną nam pracę i że uchylanie się od pracy i ucieczki karane będą surowo.


Pomimo tego ogłoszenia w dniu 1 grudnia przed Starostwem w Sztumie byliśmy wszyscy, żądając wysłania nas do Polski, gdyż tu dla nas warunki są niemożliwe.


Zagrożono aresztowaniem – ulegliśmy. Późnym wieczorem wracaliśmy pieszo, wozami do przeznaczonych miejsc pracy – wynagradzanej marnie, hojnie za to płaconej szykanami i biciem.


Wieczorami czytając „Gazetę Grudziądzką”, wydawaną przez Wiktora Kulerskiego, lub „Pielgrzyma” wychodzącego w Pelplinie – poza komunikatami z frontu, nic dla nas nie było ciekawego w gazecie. Sumiennie zapisywaliśmy dziesiątki tysięcy zabitych i wziętych do niewoli Francuzów, Rosjan i innych, a sumując, byliśmy pewni, że wojna się rychło skończy, bo nieprzyjaciół Niemiec pozostało bardzo mało.


Znudzeni liczeniem i wyczekiwaniem końca, na wysyłane listy do rodziny nie mając żadnej odpowiedzi, braliśmy się do kart lub szli do pobliskich karczm, by przy kieliszku czy boku spragnionej pieszczoty Niemeczki, zabić tęsknotę.


Do wódki miałem niewymowny wstręt, nie piłem nigdy, pomimo zachęty kolegów. Wycieczki kończyły się smutnie – zaczepieni przez Niemców, braliśmy się do łbów, za co niejeden odsiedział parę tygodni w więzieniu.


Mnie tęsknota żarła! Gdy tylko miałem parę marek w kieszeni, czułem jakby mnie coś pchało w stronę rodzinnego kraju.


Kładłem cały majątek na siebie i szłem w nadziei, że dostanę się do domu – każda pora roku była dla mnie dogodna.


Dniem spałem, gdzieś w życie, w lesie czy stogu siana lub stercie słomy, głodowałem, gdy wyczerpywał się zapas żywności a bałem się iść gdzie kupić, by nie być zatrzymany – nocą szłem.


Pracowałem parę tygodni rybakom za przewiezienie mnie na drugą stronę Wisły i nieraz aż pod Aleksandrów, łapany, odsiadywałem więzienie i wracałem do pracy, odprowadzany przez żandarma; obdarty, wychudzony, bez nadziei i chęci do życia.


Umiałem już wszystko: orać, bronować, prowadzić siewnik, żniwiarkę, cenioną była moja umiejętność wpuszczania zboża do młockarni, byłem dobrym kosiarzem, furmanem, wiązałem jak maksyma, byłem szwajcarem, owczarzem, hodowcą trzody chlewnej – wszystkim, czym mógł być robotnik rolny.


Znany byłem w okolicy jako dobry i sumienny pracownik, który miał tylko tę wadę, że nie mógł usiedzieć na miejscu.


Najczęściej, po nieudanej wędrówce do Polski, uciekałem, by nie płacić kosztów powrotnej podróży, będąc pewny, że pracę otrzymam i że mój nowy chlebodawca z chęcią zapłaci karę za to, że mnie przyjął bez zezwolenia starosty, oraz koszta, które ja miałem płacić.


W okolicy, w której przebywałem, miasteczka nieduże, ale czyste – dużo zieleni, ulice szerokie, domy murowane, otynkowane i czysto wybielone, w nich przeważnie nie mniej jak dwuizbowe mieszkania, nawet na wsi i okolicznych folwarkach jednoizbowych mieszkań spotykałem mało.


Sklepy olbrzymie – artykułów, w których sprzedawca był zainteresowany, znajdowało się wszystko, ceny stałe i przystępne.


Szosy równe, dobrze utrzymane, po obu stronach wysadzone drzewami, przeważnie owocowymi.


Ziemie – mały czy duży gospodarz, miał w jednym kawale.


W urzędach nawet do „cywil gefangen” odnoszono się grzecznie.


Nie wiem – może w tym uwidaczniała się ich kultura, bo lud umiał i wiedział mało.


Młode pokolenie chlubiło się tym, że umiało przeczytać wezwanie do wojska, list z niego napisać i Vaterlandsgeschichte znało na pamięć.


Ludność mówiła przeważnie po polsku, gdyśmy się niektórych pytali, jakiej są narodowości – polskiej czy niemieckiej, odpowiadano: „Ja nie Polak”, „Ja nie je Niemiec”, „Ja je katolik”.


Gdyśmy im mówili, że i Niemcy są katolicy, odpowiadali „Oni są deutschkatolisch, ja je katolik”.


Nic więc dziwnego, że cztery powiaty nadwiślańskie w plebiscycie przypadły Niemcom.
Uświadomionych narodowo było mało.


Nadszedł pierwszy transport jeńców rosyjskich – trzydziestu przybyło do majątku Cygus – pracowałem wtedy jako młodszy szwajcar i mieszkałem u swego zwierzchnika, żona jego pobiegła zobaczyć jeńców – gdy przyszła opowiadała nam, że ruski są „dyck fein chłopcy”, mają tak samo dwoje oczu jak i my (a nie jedno, jak wielu o tym myślało) tylko imiona dziwne! „Kareko, Rututu, Hiphihi”.


Jednakowo lud wszędzie ogłupiają – od nich nie mogliśmy się wiele nauczyć. Gdy wyczytałem w „Robotniku”, że ankietą interesują się nasi nawet we Francji, mam nadzieję, że ofiarna praca tych, którym dobro klasy robotniczej leży na sercu, dotrze do nich przynajmniej z doborem książek (których nam w Niemczech tak było brak), a te czytane umiejętnie, przyniosą rozrywkę i pożytek.


Towarzystwo Uniwersytetu Robotniczego, chcąc prowadzić pracę oświatową w pierwszym rzędzie wytęża swe siły, aby mieć bibliotekę, z której by mogła korzystać młodzież i starsi.


Żądni wiedzy chętnie czytają książki, które w większości wypadków nie przynoszą pożądanych skutków, bo czytający interesują się barwnymi faktami czy zdarzeniami, którymi autor stara się trzymać czytelnika do czasu rozwiązania jakiejś kwestii.


Należałoby zanotować kilku czytających, jakie biorą książki do czytania, a gdy je zwrócą, poprosić każdego o napisanie: co go w przeczytanej książce interesuje, co mu się w niej podoba, a co nie i dlaczego.


Zebrane opracowania przynieść, po czym zebrawszy wszystkich, starać się wytłumaczyć to, czego nie rozumiał lub mylnie pojął czytający.


Takie prowadzenie czytelni przyniosłoby duży pożytek.


W początku 1916 r., po ostatniej mej próbie dostania się do domu, za każdą zapłacono mi tylko tygodniowym więzieniem, ale za to porządnym laniem w komendzie policji w Malborku, dostałem pracę o sześć kilometrów od Sztumu, w średniowłókowym majątku p. K., który wśród nas cieszył się opinią dobrego i wyrozumiałego człowieka.


Nowy mój właściciel, czterdziestokilkuletni mężczyzna, szczupły i blady, z samego już wyglądu niezdrowy, dlatego pewno urlopowany od wezwania [do wojska], bardzo często wyjeżdżał, biorąc udział w jakiejś komisji wojskowej – w domu: żona, troje nieletnich dzieci, rodzice i stryj, wszyscy niezdolni do pracy w polu.


Pewnego wieczoru, zaledwie w kilka dni po moim tu pobycie, wezwał mnie do siebie. „Ostatnim razem pracowaliście u p. Dika w Polaszkach?” – Tak! „Czy Dik to zły człowiek?” – Nie! „Dlaczego, gdy was tam po waszej niefortunnej ucieczce odprowadzono, nie chcieliście tam pozostać?”. Nie było tam ludzi z Polski, więc nie chciałem. „Mam was się spytać, czy powrócicie tam, czy zostajecie u mnie? – Zostaję. „Tu macie list od matki (była to pierwsza karta z domu, odpowiedź na kilkanaście pisanych, przyszła na stare miejsce) i sto marek od p. Dicka za dobrą pracę”.


– „Jutro wyjeżdżam, będę w mieście, jeżeli chcecie mogę coś pieniędzy odesłać waszej matce, kwit z poczty wam oddam!”. Posłałem pięćdziesiąt marek, potem w każdym miesiącu w miarę możliwości.


Od tej chwili przyjąłem na siebie włożony obowiązek czuwania nad gospodarstwem podczas jego nieobecności.


Pracę spełniam sumiennie – mój gospodarz zasługiwał na to.


Nieraz przywoził mi książki powieściowe w języku polskim, przeważnie Prusa i Rodziewiczówny, upominając, bym o tym nikomu nie mówił i nikomu ich nie pożyczał, gdyż gdyby się o tym dowiedziano, miałby z tego tytułu nieprzyjemności. Najczęściej w niedzielę, gdy koledzy, którzy też w tym majątku pracowali, poszli do Sztumu, skąd wracali wieczorem – ja, było to latem, wyprowadzałem konie na łan koniczyny, przywiązywałem na długich łańcuchach do wbitych pali w ziemię i zabierałem się do czytania książek.


Pewnego razu nie zauważyłem noszącej mi obiad dziewczyny, kucharki u państwa K., spostrzegłem ją dopiero, gdy nachylona czytała ze mną.


Od tej pory, każdą wolną chwilę, spędzaliśmy na wspólnym czytaniu i wycieczkach, zażyłość nasza skończyła się małżeństwem, z zawarciem którego miałem niemało kłopotów, jak to już pisałem na wstępie.


Ponieważ jednak zawarłem ślub cywilny, bez uprzednio zawarcia którego i kościół go dać nie może, księżulo przysłał po nas, wspaniałomyślnie zrzekając się zapłaty.


Moi chlebodawcy, u których teraz zgodziłem się na ordynarię [funkcję w rodzaju służącego], na gwałt restaurowali dwuizbowy lokal w domu przeznaczonym dla służby – meblowali i zaopatrywali we wszystko, czego nie widzieli u nas, a uważali za potrzebne na nowym gospodarstwie.


Dzięki ich pomocy wkrótce, jak na proletariuszy, czuliśmy się dobrze, z czego bardzo cieszyli się rodzice żony, przedtem zmartwieni tym, że bez ich pomocy, której pomimo szczerych chęci udzielić nam nie mogli, rady sobie nie damy.


Rodzice żony, obarczeni kilkorgiem dzieci, zarabiali na ich utrzymanie, pracując na folwarku – ojciec zabrany na front rosyjski, pozostawił rodzinę na zapomodze kajzera [cesarza] (chora, od dłuższego czasu matka nie pracowała), gdy przyjeżdżał na urlop „wypoczynkowy” szedł natychmiast do pracy, aby dzieciskom kupić przyodziewek czy buty, na które nigdy nie starczało.


Tu doczekałem się przyjścia na świat dwojga dzieci, tu dowiedziałem się o rewolucji rosyjskiej, tu widziałem powstające „Arbeit und Soldaten Rat” [rady żołnierskie i robotnicze] i pana Broże, burmistrza m. Sztum, który teraz jak nigdy przedtem z wszystkimi się witał, ściskał rękę i pytał o zdrowie i powodzenie – Polaków, bardzo poprawnym językiem polskim, choć niedużo przedtem, gdy się do niego zwracano w tym języku, potrzebował tłumacza.


Tu zastała mnie radosna wieść o Zmartwychwstaniu Polski Niepodległej, o walce z Niemcami w Poznańskim, o zajęciu przez wojska polskie Torunia, Grudziądza, Tczewa, Starogardu, Gniewu i pragnąłem, by jak najprędzej przeszli Wisłę a Sztum już niedaleko.


Chciałem jechać do Polski – nie puszczano, aż nareszcie uzyskałem wizę i szykowaliśmy się do drogi, choć tydzień przedtem otrzymałem list od matki, aby się z przyjazdem nie śpieszyć, bo pracy nie ma i trudno mi będzie z rodziną wyżyć.


Siadamy w Sztumie i w niedługim czasie w Gardei (Garusce) – pobieżna kontrola przeprowadzona przez niemiecką straż celną – pociąg rusza i już jesteśmy w Polsce, i tego samego dnia tj. 9 kwietnia 1920 r., jesteśmy w Grudziądzu. Na pociąg mamy czekać parę godzin, zużywamy je na obejrzenie, już teraz polskiego, miasta.


Na ulicach cicho, przechodniów mało, tylko przed kantorami wymiany większe grupy powracających z Prus Zachodnich i Wschodnich, którzy w swym patriotyzmie, czym prędzej pozbywają się swych oszczędności w markach niemieckich, zamieniając na polskie.
Idziemy ulicą Lipową – koszary im. Kościuszki, w nich żołnierze polscy, którzy w znojnym trudzie, bagnetem, – znaczą granicę Niepodległej Ojczyzny, tej, która jak słyszałem w młodości, miała być matką dla ludu – ogarnia mnie wstyd, że z nimi nie jestem.


Wracamy – czas pomyśleć o posiłku dla siebie i dzieci: trzyletniej Jadzi i półtorarocznego Janka.


Jedziemy do Torunia, stąd do Aleksandrowa wygodnie, w wagonach przestronnie. W Aleksandrowie czekamy na pociąg kilka godzin, tu: ścisk, nawoływania, lecz jakoś milej, serdeczniej, ten czy ów zagada, skąd i gdzie jedziemy, radzi bagaż trzymać przy sobie, bo zginie, inny informuje, że pociągi są przepełnione, ale on postara się ulokować dzieci i żonę, sam z bagażami muszę sobie dać radę.


Po ciężkich trudach podróży 12.IV.1920 r. witałem matkę i najmniejszego brata, średni był w wojsku.


Trzy dni potem na Komisję poborową w Będzinie – odesłano mnie do szpitala w Kielcach na wydział oczny, po dwutygodniowym pobycie, odesłany na zborniak, czekałem parę tygodni, aż nadejdzie na mnie kolej i odesłany do Będzina zostałem puszczony do domu jako „odroczony do czasu wezwania”.


Żona z dziećmi podczas mej nieobecności została przy matce, żyjąc z oszczędności zrobionych w Niemczech, – gdy przyjechałem, goniła ostatkami.


Za markę niemiecką przy zamianie w Grudziądzu, otrzymałem dwie polskie, a teraz płacono za nią około sześćdziesiąt.


Waluta polska traciła na wartości, drożyzna szalała, oszczędności znikły – wziąłem worek na plecy i skupywałem butelki, które dostarczałem rozlewniom wódek w Zawierciu, broniąc się w ten sposób od ostatecznej nędzy.


W fabryce włókienniczej Tow. Akc. „Zawiercie” pracowało już sporo ludzi i stale przyjmowano więcej.


Zabrałem legitymację Klasowego Związku Metalowców, zalegalizowanego już w 1913 r. (związek ten mieścił się wówczas przy ulicy Łośnickiej, obecnie Piłsudskiego w domu Wieczorka), którego byłem członkiem i udałem się z prośbą do Zarządu Klasowego Związku Włókniarzy o skierowanie mnie do pracy (bez poparcia czy zgody związków zawodowych nikt nie dostał pracy w T. A. Z., jedynej fabryce, która szła już nie gorzej i płace były możliwe).


Nareszcie 22 czerwca 1920 r. otrzymałem pracę w chemicznej fabryce „Zagłębie” w Zawierciu, za usilnym poparciem niezwiązkowców, a ludzi którzy tylko widząc mą nędzę – pomogli mi.


Tu pracowałem jako robotnik, magazynier, szorowałem podłogi, rozbierałem stare piece, odbierałem przywiezione budulce i wykonaną robotę, załatwiałem rachunki, korespondencję, szykowałem sprawozdania miesięczne dla Zarządu fabryki itp. Za to płacono mi tak jak wszystkim, tj. tyle, że za dzienny zarobek można było kupić cztery kg chleba i to w takim wypadku, gdy nie przedłużono terminu należnej wypłaty.


Otrzymałem i mieszkanie: pokój z kuchnią, w obrębie fabryki, ale za to gdy inni po ośmiogodzinnym dniu pracy szli do domu, ja będąc pod ręką, wzywany byłem niekiedy do późnej nocy, za co wynagrodzony nie byłem.


Gdy upominaliśmy się o podwyższenie płacy, obiecywano uskutecznić to później, bo teraz nie ma pieniędzy, fabryka przeprowadza remont – jak będzie szła produkcja, będą płacić więcej – o pracę było trudno, więc czekaliśmy.


Po roku takiego czekania zdzierałem ostatnie ubranie i buty i nie widziałem możności ich kupienia – nigdy z żoną nie najedzeni do syta, dzieci często musiały obywać się bez mleka i cukru, który zastępowaliśmy sacharyną, na pocieszenie mając zapewnienie pana dyrektora – chemika, „że ta wprawdzie środków odżywczych nie ma, ale szkodliwa nie jest”.


Żyliśmy jednak nadzieją, że przecież w Polsce będzie lepiej, dziś po piętnastu latach, po każdym posiłku: śniadaniu, obiedzie czy kolacji, zjadłbym na dodatek z pół kg chleba i 1/4 kg wędlin, a sądzę ani żona ani też żadne z czworga naszych dzieci takiej porcji by się nie ulękło, bo wiem, że nigdy nie pojedzą do syta.


Zarobię 2 zł 40 gr. dziennie, minus świadczenia, aby z tego zapłacić mieszkanie, kupić buty, jakie takie porcięta, książki i przybory szkolne, światło, opał itp.; by z tego żyć – trzeba być nie dyrektorem Funduszu Pracy czy jakim innym dygnitarzem z nominacji czy „wyborów” – trzeba być robotnikiem w Niepodległej Polsce i być nagradzany za pracę z Funduszu Pracy.


Czytałem gdzieś, że „Człowiek pnie się wysoko – aby i tak spocząć na dole”. W dół – byle nie wcześniej niż w „Dniu Zapłaty” i z nadzieją, że pokolenie weszło w „Nowe Jutro”.


W końcu czerwca 1921 r. wyjechaliśmy w okolice Grudziądza, w nadziei, że tu nadchodzące żniwa pozwolą nam zarobić a tym samym żyć znośniej.


Tu spotkaliśmy Dębowca, murarza pochodzącego z Dąbrowy Górniczej, z którym znałem się z czasu pobytu w Niemczech, mieszkał w Małym Torpnie, przedmieściu Grudziądza, zarabiając na utrzymanie rodziny murarką.


Poczciwy człeczyna zaofiarował nam u siebie schronienie i nadzór nad dziećmi, radząc czym prędzej chwytać się pracy.


Kopaliśmy torf, pracowali przy żniwach, kopaniu ziemniaków i buraków – każdą niedzielę poświęcając na szukanie w okolicznych folwarkach wolnego do zakontraktowania na rok miejsca, którego niestety nie znaleźliśmy.


Późną jesienią – bez pracy, postanowiliśmy, że żona z dwoma córeczkami pojedzie do rodziców, ja z chłopcem do Zawiercia, gdzie będę się starał o popłatniejszą pracę. Zaopatrzona w wizę wyjechała żona do Niemiec, ja do Zawiercia, gdzie wkrótce otrzymałem pracę w odlewni żelaza p. Erbego.


Zarobek był nieduży – pomagałem sobie sprzedażą papierosów, których robiłem parę setek dziennie.


Mieszkałem z matką i dziecko miało dobrą opiekę – szukałem jednak mieszkania i pisałem do żony, aby przyjeżdżała.


Otrzymałem odpowiedź, abym starał się o wizę i przyjechał natychmiast, gdyż mój były chlebodawca, zapewnia mi pracę – rodzice żony gorąco mnie prosili.


Tęskniłem za żoną i dziećmi – pojadę.


Po załatwieniu na miejscu formalności związanych z wyjazdem za granicę, pojechałem do Warszawy, zabierając ze sobą chłopca, aby w konsulacie niemieckim otrzymać zezwolenie na pobyt w Niemczech, takowe otrzymuję z zastrzeżeniem, że będzie ważne przy okazaniu zezwolenia miejscowej policji na pobyt w danej miejscowości.


Jadę do Grudziądza, piszę o przysłanie mi takowego i czekam na nie u przyjaciela.


W trzecim dniu zjawia się żona bez zezwolenia, którego wydać nie chcą, przeszła przez „zieloną granicę” – drogę zna, idziemy a na miejscu rzeczy ułożą się pomyślnie.


Nie wierzyłem, domyślając się, że tęsknota i chęć pozostania przy swoich do tego ją popycha, jak mnie pchała, gdy byłem w Niemczech.


Przez Scheinbruk, przyjechaliśmy do stacji Wydzno, w dół od dworca biegnie szosa ku wsi tejże nazwy, na prawo od szosy wąski łan żyta, za nim jezioro Wydzno.


Wybiegliśmy z pociągu i czym prędzej na szosę, z niej w żyto, rozgarniając je, by nie pozostawić śladu – kończy się zboże, dalej wiklina i jezioro, które tak otacza wieś, że chcąc ją przejść, trzeba koniecznie wejść na szosę tuż przed samą wsią.


We wsi stacjonuje posterunek straży granicznej – ukryci w wiklinie, czekamy do nocy, wtedy łatwiej zmylić czujność warty.


Nocą skradamy się między domami – doszliśmy pod sam posterunek, ukryci za węgłem, słyszymy kroki oddalającego się wartownika – podbiegam, uchylam drąg zamykający przejście ze wsi w pas graniczny i szybko a cicho oddalamy się drogą polną ku granicy niemieckiej i jeszcze dwieście kroków a będziemy w Niemczech, wtem „halt” – z żyta wyskakuje dwóch żołnierzy, patrzę Polacy, zaczaili się na szmuglerzy, złowili nas.


Odprowadzili nas na posterunek, skąd odwieźli do Grudziądza i oddali w ręce policji – siedem dni aresztu śledczego, potem rodzice żony odwieźli nam dzieci do Gardji, praca do późnej jesieni w okolicach Grudziądza i powrót do Zawiercia, do matki.


Wkrótce otrzymałem pracę w Tow. Akc. „Zawiercie”, jako stróż, potem przeniesiono mnie do „Drukarni – Wykończalni”.


Tu robotnicy zarabiali więcej, niż w innych fabrykach, tu obowiązywał dodatek drożyźniany, trzeba było tylko czym prędzej po wypłacie nabywać potrzebne artykuły, a wegetacja była znośna.


W izdebce, którą od kilku lat zajmowała matka, mieściło się teraz ośmioro ludzi: matka, dwóch braci i my z dziećmi – było nam ciasno, wynająłem mieszkanie we wsi Łośnice o trzy km odległej od Zawiercia (w Zawierciu o mieszkanie było trudno) i tu zamieszkałem, zadowolony, że pożycie zaczyna układać się normalnie.

 

***

 


Od 15.III.1923 r. byłem członkiem Klasowego Związku Włókniarzy – tu stale kłótnie, jedni drugim zarzucali karierowiczostwo, łapownictwo, trwonienie grosza publicznego, i w wielu wypadkach dawali na to dowody, ci płacili pięknym za nadobne, a będąc u steru oddawali ich pod sąd koleżeński, który ich wykluczał za „działalność na niekorzyść organizacji” (trzeba i powiedzieć, że gdzie indziej działo się gorzej, mam na uwadze organizacje żółte [tzw. żółte związki zawodowe – zależne od pracodawców, współpracujące z nimi w zamian za korzyści materialne dla liderów]).


Od 10.II.1924 r., tj. od daty zwolnienia mnie z pracy, do chwili wstąpienia w szeregi PPS-u – to czas, w którym rad byłbym sprzedać ostatnią koszulę, aby za to mieć kawałek chleba dla żony i dzieci – nie mając zasiłku z Funduszu Bezrobocia, ratując się od śmierci głodowej, wysprzedałem wszystko: szafę, stół, krzesła, łóżka i zbędniejsze rzeczy kuchenne, zjadając kolację, kładliśmy się spać na zasłanej słomą podłodze, bez nadziei lepszego jutra.
Dostałem się do pracy przy budowie szosy Zawiercie –Włodowice, płacono tu za ośmiogodzinny dzień pracy 2 zł 40 gr, z czego wyżyć było trudno.
Wybuchł strajk – żądaliśmy podwyższenia płacy i obliczania za godziny nadliczbowe w myśl obowiązującej ustawy.


Wśród pracujących było dużo chłopców z okolicznych wiosek, dla których te zarobki były wystarczające, gdyż mieli dach nad głową, swój chleb i ziemniaki – na skutek tego solidarność się załamała, a przywódca strajku został bez pracy, po niejakim czasie otrzymałem pracę przy budowie remizy kolejowej w Łazach, oddalonych od miejsca mego zamieszkania przeszło dziesięć km i drogę tę każdego dnia przebywałem pieszo, aby nie tracić na kolej i prędzej załatać dziury w budżecie domowym, tu dobiłem nareszcie z zasiłku z Funduszu Bezrobocia, a pobierając czternaście zł tygodniowo miałem przynajmniej chleb zimą. Gmina Kromołów, za pośrednictwem której Obwodowy Funduszu Bezrobocia wypłacał zasiłki, załatwiała wszystko związane z tym niedbale.


Zarejestrowani bezrobotni otrzymywali należny im zasiłek po kilkunastu tygodniach – nie mając przez ten czas z czego żyć. Zainteresował się tym Związek Zawodowy Robotników Przemysłu Chemicznego i Pokrewnych w RP, oddział w Ogrodzieńcu, który wśród bezrobotnych Kromołowa i okolicy miał członków – chcąc przyjść im z pomocą zwołał 7.12.1925 r., zgromadzenie wszystkich bezrobotnych, na którym uchwalono: że każdy opłacający dwadzieścia gr. tygodniowo uważany jest za członka, i na którym zostałem wybrany do załatwiania wszelkich spraw dotyczących bezrobotnych, a upełnomocniony przez Zarząd, w krótkim czasie doprowadziłem do normalnych warunków, skarbiąc sobie wdzięczność i uznanie bezrobotnych – sam zadowolony, że się na coś przydałem tym, którzy nie umieli sobie poradzić.


Nie wszystkim ma praca się podobała – w lutym 1926 r. zostałem aresztowany, pod zarzutem tworzenia „komitetów bezrobotnych”. Jedni twierdzą, że to robota przeciwników politycznych, inni że Zarządu Gminy.


Po kilkudniowym areszcie śledczym – wypuszczony na wolność – długo jeszcze ma osoba interesowała sędziego, zanim otrzymałem powiadomienie z Prokuratury, że „przeciw oskarżeniu z art. 102 K. K., sprawę się umarza powodu braku cech przestępstwa”.


Po tych tarapatach, ciężka choroba żony na zapalenie nerek i czworga dzieci na odrę, które musiały przebywać w zimnym, nieopalonym mieszkaniu, bez dostatecznej pomocy lekarskiej z powodu braku funduszy – dwoje najmłodszych pomogli zanieść na cmentarz towarzysze z PPS-u, widzieli we mnie kolegę z lat młodzieńczych, któremu trzeba pomocy i którą nieśli w miarę swej możliwości.


Rok 1926 – praca przy budowie szosy Zawiercie –Włodowice, którą zaproponował mi p. inżynier i przedsiębiorca Gorjanowicz, który puszcza w niepamięć moje wystąpienie podczas strajku 1924 r. z uwagi na solidną pracę (1933 r. przysłał na ręce Zarządu miasta złotych trzysta, aby nimi obdzielić 30 robotników po 10 zł każdemu, nadmieniając, abym nie był pominięty – chcieliśmy za to chociaż listownie podziękować, nie mogliśmy jednak doprosić się adresu od p. C., sekretarza magistratu).


Rewolucja majowa [przewrót majowy 1926 r.] – radość klasy robotniczej, że wreszcie znalazł się ktoś, co wziął rozwydrzoną Hienę [tzw. rząd Chjeno-Piasta, centroprawicowy, tworzony przez ugrupowania chadeckie i PSL „Piast”] za łeb – manifestacyjne pochody i wiece, na których wyraża swą gotowość skończenia ze starym porządkiem i czeka z dnia na dzień rozkazu przywódców, po czym oczekiwanie konsekwencji tej rewolucji, która też niebawem wyraża się zniesieniem akcji doraźnej, rozczarowanie i ból, który odczuwam z wszystkimi widzącymi nadchodzące ciężkie czasy.


W dniu 1 maja 1927 r. wstępuję do PPS, przekonany przez kolegów i mych przyjaciół pepesowców, że tu można pracować na korzyść klasy robotniczej.


Wkrótce otrzymuję pracę w P.K.Ch. w filii w Zawierciu, zastępując urlopujących furmanów – uzyskałem ją za pośrednictwem zmarłego tow. M-skiego, przewodniczącego Dzielnicy PPS w Zawierciu i urzędnika P.K.Ch. Filii Zawiercie.


Był to człowiek surowy dla podwładnych mu furmanów,– gdy widział ich niedbałe opatrywanie koni lub bezmyślne niszczenie taboru, oburzony krzyczał: „Kanalie! To dobro społeczne, i jak mnie znacie, wyrzucę, gdy jeszcze coś podobnego się zdarzy”.


Odnosiło to dobre skutki, bo każdy wiedział, że złym czy nieoględnym postępowaniem sprawia „Dziadkowi” przykrość, na którą nie zasługuje, bo przecież gdy dowie się, że który z nich jest w potrzebie i że konieczna jest pomoc w gotówce – dawał, „sztorcując” niekiedy tych, co chcieli zwrócić.


Partii był szczerze oddany – nawet szuje musieli to widzieć i ocenić, gdyż na jego żądanie przestawali kłótni i złośliwych docinków, bez jakich mało kiedy obeszła się konferencja partyjna.


Byłem już członkiem Komitetu Dzielnicowego i sam prosiłem o powierzenie mi funkcji kolportera „Głosu Zagłębia”, uważając, że rozchodzi się w małej ilości, a chciałem doprowadzić do tego, by gazetą robotniczą zainteresowała się szersze grono – co mi się udało.


„Dziadek” zapraszał mnie często do siebie, dzieląc się swymi spostrzeżeniami oraz zwierzając się z zamiarów w stosunku do całego ruchu socjalistycznego w Zawierciu.


Bolał go bardzo upadek kooperatywy [spółdzielni] robotniczej „Promień”, chciał dać gotówkę na wydźwignięcie jej, żądając w zamian pozwolenia obsadzenia jej ludźmi, którzy się cieszą jego zaufaniem. Nie doszło to do skutku, reszty artykułów spożywczych i innych pozostałych z likwidacji „Promienia” wyniosły z góry nad Związkiem Włókniarzy – gryzonie.


Praca moja w P.K.Ch. za urlopujących furmanów się kończyła – zarząd Związku Włókniarzy z przewodniczącym G. na czele, udał się do administracji Tow. Akc. „Zawiercie” i przedstawił sprawę mego zwolnienia 1924 r. jako niesłuszną, i domagał się powrotnego zatrudnienia mnie.


Okres wyborczy 1928 r. – ustały żarcia, do pracy pozostawieni jesteśmy własnym siłom, nie ma funduszy zbiórka wśród towarzyszy, mało, urządzamy zabawę, zysk być musi, tylko nie trzeba dawać na kredyt, bo potem trudno odebrać – taka zapadła uchwała.


W bufecie jest nas czworo: tow. L. z żoną, któraś z towarzyszek i ja.


„Dajcie coś” – już – proszę za ten czas wykupić bony – wykupuje i oddaje, otrzymuje co mu należy, tak robią wszyscy, zadowoleni, że ich uchwała jest ściśle przestrzegana, tylko funkcjonariusz – sekretarz …....., uważa, że go uchwała nie obowiązuje, krzyczy i wymyśla. Gdyby mi powiedziano, że dygnitarzy związkowych uchwały nie obowiązują, nie byłbym sobie zrobił z niego wroga.


Pieniądze są, teraz agitacja, rzucili się wszyscy, ja nigdy nie byłem w tyle, nie przykładałem dużej wagi do samych wyborów, liczyłem tylko na to, że słowa rzucone w masy, kiedyś plon przyniosą.


Organizowałem zgromadzenia wyborcze, przemawiałem na wiecach, nawiązywałem komitety wyborcze, które w myśl instrukcji i zapewnień władz partyjnych miano po wyborach zamienić w komitety partyjne.


Po wyborach na jednym z posiedzeń komitetu dzielnicowego, w sprawach organizacyjnych, poruszyłem sprawę zamiany komitetów wyborczych na partyjne, motywując, że przez to nie będziemy w przyszłości narażeni na takie pytania „gdzieście byli dotychczas”, z którymi stale spotykaliśmy się w okresie wyborczym, a prowadząc pracę na wsi wyrywać będziemy jej mieszkańców spod wpływów kleru i partii burżuazyjnych.


Przeciwko mej osobie nagonka: Że poszedłem do Frakcji [w roku 1928 dokonał się w PPS rozłam, w efekcie którego zwolennicy sanacji utworzyli PPS była Frakcja Rewolucyjna], że zdradziłem klasę robotniczą że chciałem od związku klasowego odciągnąć innych towarzyszy, tylko mi zarząd i funkcjonariusz przeszkodzili itp.


Czekałem – w nadziei, że wszystko przetrzymam, przechodziłem rzeczy gorsze. Jednego razu wychodząc w pracy do domu, mimo woli włożyłem rękę do spodniej kieszeni marynarki i wyciągnąłem z niej przeszło metr cienko sprasowanego towaru – stanęło przede mną widmo nędzy, rozpoczynającej się 10.II.1924 r., gdy wówczas pozoru kradzieży starczyło, abym poszedł na ulicę – trzeba iść do jakiej organizacji zawodowej, aby w razie potrzeby znaleźć tam poparcie, i poszedłem do Frakcji, która w tym czasie zabierała się do tworzenia związków zawodowych – tu zgrupowali się niedługo potem wszyscy ci, którzy uważali, że ich odejście ze związku klasowego zmusi funkcjonariusza do opuszczenia Zawiercia.


Widziałem, jak zawiązek robotniczy powstawał, przy pomocy p. p. kapitalistów. Tu doczekałem się Centrolewu – byłem świadkiem, jak z górą tysiąc zorganizowanych „fraków” otrzymuje 623 głosy w Zawierciu i jak potem jedni drugim zarzucali, że głosowali na Jedynkę i 23, byłem świadkiem krwawych bójek, a nawet ich mimowolnym świadkiem, a nawet ich mimowolnym uczestnikiem, pomiędzy zwolennikami PPS a Frakcji, którzy do niedawna byli jedną rodziną – byłem świadkiem, jak duża grupa robotników zorganizowanych w Frakcji i jej organizacjach zawodowych szła w tyle pochodu manifestującego przeciwko „zamachowi” na Wodza [Piłsudskiego] i była gotowa i przygotowana walić po łbach…....., gdyby ci ośmielili zabrać się do rozbicia lokalu TUR-a [Towarzystwo Uniwersytetu Robotniczego – organizacja kulturalno-kształceniowa, związana z PPS] w Zawierciu i wiem, że tylko troska o kawałek chleba trzyma ich po dzień dzisiejszy w Związku Związków Zawodowych [prosanacyjna centrala związkowa].


Widziałem, jak menerzy Frakcji w Zawierciu podpisywali uchwałę wydania odezwy, wzywającej do głosowania na Jedynkę, chociaż mieli nakaz władz centralnych głosowania na listę nr 2 – kładli podpisy zamaszyście, radzi, że figurować będą obok podpisów p. p. kapitalistów: Erbego, Holenderskiego i innych, oraz obok podpisu dyktatora miasta, komisarza p. L.

 

***

 


1931 r. już po wyborach, podczas których sanacja niczego nikomu nie żałowała w zamian za odniesienie do urny wyborczej jednostki, tak dbała o klasę robotniczą Zawiercia, że nawet prorządowa Frakcja – nie chcąc stracić wpływów, musiała zająć stanowisko wobec szerzącej się nędzy i wysłała delegację z memoriałem do Ministerstwa Pracy i Opieki Społecznej w Warszawie.


Uzbrojony weń jechałem w towarzystwie drugiego fraka do Warszawy, gdzie przez Z., jednego z dygnitarzy frackich, wprowadzeni zostaliśmy do Ministerstwa Pracy i Opieki Społecznej i przyjęci przez p. radcę o z rosyjska brzmiącym nazwisku, który mój towarzysz, b. komunista – siedzielec, obecnie zetzetowiec, chcąc wzruszyć pana radcę, memoriał poparł oświadczeniem, że „w Zawierciu już jedzą obierzyny z ziemniaków” – otrzymał odpowiedź od p. radcy „ja już sam jadłem owies” – i to na pocieszenie przywieźliśmy głodującym.


U góry – dowiedzieliśmy się, że, pp. [Jędrzej] Moraczewski, Pączek, „Wojtek” [Marian Malinowski] i Gardecki [dawni działacze socjalistyczni], postanowili czerwone sztandary schować, jako w tej chwili nieodpowiednie i tworzyć solidarystyczne ZZZ.


Po przyjeździe do Warszawy, zdając sprawozdanie, widzę, że wszyscy są do rządów sanacyjnych usposobieni nieprzychylnie, a postępowanie „Wojtków” uważają za ciążącą na nich hańbę, która zasłoni nawet młodość „chmurną i górną”.


Miejscowe tuzy rzucają na nich gromy, aby na drugi dzień, gdy przyjechał wysłannik „Wojtka” p. B. i zadzwonił nabitą kiesą, agitować za wstępowaniem do ZZZ.


Pierwszy to raz w mym życiu co innego myślałem niż robiłem – chodziłem z menerami na narady, pozornie przyznawałem im rację, by zmylić czujność, sprawę kierując tak, że sami poszli do „Wojtka”.


Usilna moja praca (w porozumieniu ze zmarłym już długoletnim przewodniczącym Dzielnicy P.P.S. w Zawierciu, towarzyszem M., który pomimo wszystko, był dla mnie życzliwy), aby członków związku frackich zaprowadzić na stare podwórko (wyłączając nawet z tego mą osobę, aby nią nie drażnić sekretarza p. K.) nie udała się tylko dlatego, gdyż kierownictwo bało się mieć za dużo pracy, ponieważ wśród chętnych była spora ilość bezrobotnych.


W czasie tym żyłem tak jak olbrzymia część klasy robotniczej Zawiercia – pobierałem, jako bezrobotny 22 zł 50 gr. miesięcznie na sześć osób – było to tak mało, że gospodarz, u którego mieszkałem, upominał się o zaległy czynsz z lokalu i gdy prosiłem go, aby mi poczekał, bo z tego, co teraz otrzymuję miesięcznie dać mu nie mogę, powiedział „na tydzień ci tyle dają, a nie na miesiąc, myślisz, że stary to frajer i że go oszukasz, takiego drania, co rozsiewa kłamliwe wieści wsadziłbym do kozy”.


Czternastoletnia córka po przyjściu ze szkoły pracowała w zakładzie wulkanizacyjnym, zarabiając do czterech złotych tygodniowo, nie zawsze jednak właściciel zakładu miał pracę, był to też dochód niestały – chodziłem na sortownię w Łazach na węgiel, i nieraz mając 80 kg na plecach, robiłem 5 km i więcej, krążąc po bagnach i lasach, aby nie wpaść w ręce policji.
Mnie to na ogół udawało się dość szczęśliwie, było jednak parę wypadków, że bezrobotny, dla którego kradzież węgla była jedynym środkiem utrzymania, płacił życiem, a brukowe świstki burżuazyjne robiły go notorycznym złodziejem, wielokrotnie karanym wyrzutkiem społeczeństwa i wszystkim podobnym – tylko nie napisali, że był to bezrobotny żywiciel rodziny.


Od lipca do listopada 1932 r. pracowałem przy budowie kolei Miechów – Kraków, gdzie warunki pracy i płacy niekoniecznie odpowiednie – niejeden jednak, który tam pracował a dziś pracuje na robotach publicznych, prowadzonych przez magistrat miasta z Funduszu Pracy, mile je wspomina.


Tam przynajmniej więcej zarobił i miał czas spocone czoło obetrzeć, nie mając obawy, że za to będzie miał „urlop bezpłatny”.


Kwalifikowane kierownictwo naszych robót publicznych, zdało by się posłać z powrotem do szkoły technicznej, aby sobie przypomnieli o tym, że maszyna dobrze funkcjonuje, gdy ma dostateczną ilość pary i jest dobrze naoliwiona.


Jednego razu zimą, godzina 9-ta rano, ze wstawaniem się nie śpieszymy, gdyż żywność z otrzymanej akcji poprzedniego dnia została doszczętnie wymieciona – staramy się dzieci trzymać jak najdłużej w łóżku, gdyż dopiero o godzinie 11-tej przed obiadem mam otrzymać parę złotych należnych mi za książki powieściowe Żeromskiego, nabyte w lepszym czasie – teraz kupi się za nie chleba i ziemniaków, gdyż i te się już skończyły.


Troje starszych dzieci: czternastoletnia córka dwunasto- i dziewięcioletni synowie o tym wiedzą, rozumieją jednak i czekają cierpliwie, dwuletni brać woła chleba i nie chce się nawet uciszyć, choć go straszymy policjantem i kozą (więzieniem).


Starszy chłopiec wstaje, ubiera się i wychodzi a po niedługim czasie wraca z bochenkiem chleba, z którego ukroiwszy kromkę niesie małemu – matka dopytuje się skąd wziął, ja przykryłem się pierzyną na łeb i nie chcę widzieć ni słyszeć, domyślałem się, że chleb ukradł, nie mam jednak siły z nim o tym mówić.


Żyjemy z dziećmi z dnia na dzień i czy jesteśmy na akcji z Funduszu Pracy lub czy mam robotę z tegoż Funduszu – jesteśmy bez nadziei lepszego jutra, głodni i obdarci.


Radujemy się, że nareszcie diabli wzięli z Zawiercia komisarza miasta, który stopniowo obniżył zarobki na robotach publicznych z 5 zł 20 gr. do 2 zł 10 gr., i wkrótce przekonujemy się, że łagodny następca zaraz w pierwszym sezonie podwyższa płacę za sześciogodzinny dzień pracy na 2 zł 40 gr., lecz robotnicy nie pracują sześć dni w tygodniu, jak poprzednio, lecz pięć, na skutek czego robotnik musi swój budżet tygodniowy zmniejszyć o 60 gr.


Do czerwca 1929 r. tj. do czasu mego wstąpienia do Frakcji, wolny czas spędzałem na czytaniu książek, które brałem w TUR-ze, pożyczałem od znajomych, od czasu do czasu kupując coś nowego.
Po wstąpieniu do Frakcji, chlałem na potęgę, chcąc zagłuszyć w sobie sumienie, które mówiło, że idę w niewłaściwym kierunku – ja, który przedtem nie wypiłem kieliszka gorzały, do której wypicia nikt mnie nie namówił, teraz nie mogłem się bez niej obejść, po częstych libacjach, wracając do domu, czułem ogarniający mnie wstyd, przed żoną dziećmi i znajomymi, którzy się na mnie patrzyli jak na jakiego dotychczas nieznanego człowieka.


Po niejakim czasie odzyskałem równowagę, spędzając czas w otoczeniu rodziny i na czytaniu dzieł Kraszewskiego, Sienkiewicza, Rodziewiczówny, Prusa, Zapolskiej, Żeromskiego, Struga, Kaden-Bandrowskiego, Sieroszewskiego, Ligockiego, Hulki-Laskowskiego, Londona, Zoli, Wiktora Hugo, Zevaco, Ossendowskiego, Marczyńskiego, Suego i innych – najwięcej z przeczytanych cenię „Przedwiośnie” St. Żeromskiego, z Baryką szukam „szklanych domów”, z Baryką kołatam u „Gajowców”, a nic nie mogąc wykołować, ginę z nimi na barykadach (nie wierzę – jak to wyczytałem, nie pamiętam już gdzie – że „gdyby żył Żeromski, to zaprowadziłby Barykę do Sanacji”).


Czytałem Marksa i Engelsa, Kautsky’ego, Bakunina, Otto Bauera, M. Gorkiego, Gostiewa, Czapińskiego i wszystkich, którzy popadną pod rękę – czytając poznaję świat, ludzi, dążenia, wiem, co dla kogo jest dobrym, a co złym, jak porównać prawdę „Manifestu Do Ludu Polskiego” [manifest Tymczasowego Rządu Ludowego Republiki Polskiej z premierem Ignacym Daszyńskim, powołany w nocy z 7 na 8 listopada 1918 r.] z dzisiejszą ordynacją wyborczą, – lecz czy dlatego jest milej, czy dzieci moje zjedzą większy kawałek chleba? (mniejszy często).


Czy gdybym nawet osiągnął większą wiedzę i naukę przez samokształcenie, stanowiłoby to dla mnie ochronę przed redukcją [zwolnieniem z pracy] i nędzą?


Czy nie lżej by mi było, gdybym nic nie rozumiał, o niczym nie wiedział i wszystko dobre i złe wpakował na los?


Takie ogrania mnie zwątpienie, a czy nie ogarnia je i innych?


Dlatego też tym bardziej teraz trzeba nieść ludowi oświatę, aby gdy ujmie losy świata w swoje dłonie, przez nieuctwo i nieświadomość nie być biedniejszym niż teraz.


Dlatego też uważam wszystkie drogi, które prowadzą do zdobycia wiedzy i kultury za dobre: książka, odczyty, gazetka ścienna (byle tylko na naczelnym miejscu widniał napis: „Każdy uczciwy człowiek pogardza: donosicielem, szpiclem, prowokatorem i odszczepieńcem”, chciałbym przestrzeganiem takiego napisu wychować ludzi bez wad, tak wielce szkodliwych dla ruchu robotniczego) teatr, wspólnie czytane gazety, gdyż nie wszyscy rozumieją, śpiew, muzyka, wycieczki tak chętnie witane przez młodzież, gdyż dają wiele przyjemności.


Trzeba jednak i to sobie samo śmiało powiedzieć, że rzeczy te w dzisiejszych czasach robić jest niezmiernie trudno, chociażby tylko dlatego, że każdy myśli przede wszystkim, jak zdobyć kęs chleba – wszędzie wszystkiego pełno, a można tylko na to popatrzeć.


Samokształcące się jednostki myślą przeważnie o tym, aby przez zdobycie nauki i opanowanie wiedzy zdobyć popłatniejsze stanowisko – zapominają często o szeregach, z których wyrośli i wyszli, a bardzo często pracują na ich niekorzyść – wprawdzie są i tacy, których zdobyta wiedza nie wyrwała z szeregów robotniczych, do tych śmiało można zaliczyć posła [Aleksego] Bienia [działacz PPS, w latach 1925-28 prezydent Sosnowca], który nie szumną reklamą a miłością, jaka wyłazi z jego postępowania, zdobywa serca nawet swoich przeciwników – człowiek ten na pewno nie jest synem bankiera i jeżeli dziś jest człowiekiem wykształconym, czego mu zapewne żaden nie odmówi, zawdzięcza to na pewno samokształceniu. Tym cześć!
Można będzie samokształceniem zainteresować i jednostki – do czasu aż wszechwładny kryzys nie zepchnie je w szeregi tych, którzy swym przedwczesnym zgarbieniem nagimi gicołami, których wysuszone kształty podziwiać musi nawet prowadzący taką ofiarę policjant – wołają: Chleba! Pracy! Opieki!


Zdobądźmy się wszyscy na ofiarny wysiłek a zdobędziemy władzę! Uciszmy rozpaczliwy krzyk: bezdomnych, głodnych i nagich i zniszczymy Ciemnogród.
Szanowni – pisząc nie chciałem nikomu złośliwie dokuczyć, to prawda dyktowana przez gorycz, żal i ból, że jesteśmy tak obdarci z wszystkiego, niemniej jednak za uczciwe zamiary i wysiłek, kocham Was bardzo, życząc na „Starej Drodze” owocnej pracy, mam na myśli i całą klasę robotniczą, która dzięki temu wysiłkowi powinna na nowe „Jutro” wkroczyć przygotowaną, jeżeli tylko Waszych zamiarów nie przerwie zła moc i siła.


Daję Wam do rozporządzenia nazwisko i imię i inicjały Z. W., jeżeli cośkolwiek z mej bazgraniny wyjmiecie do druku, podpiszcie według swego uznania tym, co będziecie uważać za odpowiednie.


Z socjalistycznym pozdrowieniem


Zygmunt Wróbel

 


Zawiercie, dn. 7 lipca 1935 r.


Od redakcji: Powyższy tekst jest pamiętnikiem robotnika, nadesłanym na konkurs ogłoszony w roku 1935 przez Towarzystwo Uniwersytetu Robotniczego (TUR) w Krakowie – oddział im. Adama Mickiewicza, Seminarium Pedagogiczne Uniwersytetu Jagiellońskiego i Seminarium Socjologiczne Szkoły Nauk Społecznych TUR. Pracami tymi kierowali prof. Zygmunt Mysłakowski i dr Feliks Gross – ten drugi był pomysłodawcą i spiritus movens całego przedsięwzięcia. Dr Gross to wybitny socjolog (po II wojnie światowej na emigracji w USA, gdzie był profesorem renomowanych uniwersytetów i doradzał prezydentowi Lyndonowi B. Johnsonowi), wówczas pracownik naukowy UJ, a jednocześnie działacz socjalistyczny (PPS) i współtwórca związanych z tym ruchem inicjatyw oświatowych. Gross szczególnie interesował się kulturą klasy robotniczej, której szeroko zakrojone badania inicjował w różnych formach w latach 30.


Jedną z inicjatyw tego typu były badania ankietowo-pamiętnikarskie. W początkach roku 1935 zespół pod kierunkiem Mysłakowskiego i Grossa ogłosił konkurs na pamiętnik robotnika. Ogłoszeniu towarzyszyła szczegółowa ankieta z 35 pytaniami, która miała pomóc uzyskać informacje stosunkowo jednolite, aby zaistniała możliwość przeprowadzenia badań porównawczych i łatwiejszego usystematyzowania trendów ujawnionych w badaniach. Ankietę rozprowadzono różnymi kanałami informacji – wśród członków TUR, działaczy PPS, publikując w prasie partyjnej („Robotnik” i pomniejsze pisma), jednak w znacznej mierze w kręgach związanych mocniej lub słabiej z ruchem socjalistycznym. Termin nadsyłania ankiet wyznaczono na 15 maja 1935 r., jednak część prac nadeszła po terminie, również je uwzględniono.


Zebrane prace, w liczbie prawdopodobnie kilkuset, zostały opracowane naukowo. Teksty najciekawsze zdaniem inicjatorów badań uhonorowano finansowo i innymi nagrodami, a następnie opublikowano w liczbie 25 w roku 1938 w książce „Robotnicy piszą. Pamiętniki robotników – studium wstępne”, wydanej nakładem Księgarni Powszechnej w Krakowie dzięki dotacji Naukowego Towarzystwa Pedagogicznego. Posłużyły one także Feliksowi Grossowi jako materiał przy pisaniu znakomitej pracy naukowej „Proletariat i kultura”, która ukazała się również w roku 1938.

 
Jednym z pamiętników zamieszczonych w książce „Robotnicy piszą”, a więc uznanej za jedną z najlepszych spośród nadesłanych, był tekst przesłany przez zawiercianina, Zygmunta Wróbla. Powyżej przedstawiliśmy jego pamiętnik, przedrukowując go z tej książki, dziś unikatowej, trudno dostępnej, nie wznawianej od międzywojnia.


W oryginalnym tekście poczyniliśmy pewne zmiany językowe i interpunkcyjne, dostosowując ówczesny tekst do dzisiejszych reguł pisowni – czyniliśmy tak jednak wyłącznie tam, gdzie było to niezbędne dla czytelności tekstu przez współczesnego odbiorcę; pozostawiliśmy bez zmian wiele wyrażeń gwarowych lub niepoprawnych językowo, lecz łatwo zrozumiałych, chcąc zachować w jak największym stopniu specyfikę oryginalnego stylu autora. Innego rodzaju ingerencje w tekst polegały na zamieszczeniu w nawiasach kwadratowych wyjaśnienia niektórych zwrotów lub informacji istotnych dla zrozumienia wymowy tekstu. Jednak również tutaj staraliśmy się ograniczyć te ingerencje do minimum, aby nie zaburzać toku oryginalnego wywodu. W każdym razie wszystkie nawiasy kwadratowe pochodzą od nas, nie występując w tekście oryginalnym.


Prezentowany tekst stanowi ciekawy przyczynek do dziejów Zawiercia i jego stosunków społecznych sprzed 70-100 lat. Jest tym ciekawszy, że przedstawia obraz miasta i jego realiów z perspektywy „szarego człowieka” i jego człowieka, nie zaś, jak to zazwyczaj bywa z przekazami historycznymi, osoby usytuowanej w wyższych warstwach społecznych. Jest to zatem swoisty spacer po Zawierciu „plebejskim” – spacer oczywiście subiektywny i nie oddający całokształtu przeszłości miasta, lecz bez wątpienia ciekawy i jakże barwny. Dodatkowy atut stanowi polityczny „profil” autora, działacza socjalistycznego – bez wątpienia czyni on tekst jeszcze bardziej subiektywnym, lecz jednocześnie nadaje mu logiczną, zwartą oś tematyczną, wykraczając poza luźny zbiór wrażeń z przeszłości.


Zapraszamy do lektury.


Tekst udostępnił ze swoich zbiorów, opracował redakcyjnie i opatrzył komentarzem


Remigiusz Okraska


|   Do góry   |   Strona główna   |

Centrum Inicjatyw Lokalnychwww.cil.org.pl

Newsletter

ALPANET - Polskie Systemy Internetowe