Dawne Zawiercie w fotografiach i opowiadaniach

Stefan Stefański

Szara Kamienica

Strona główna » Opowiadania » Szara Kamienica

SZARA KAMIENICA
Zawiercie, ul. Porębska

Natalia Garbarczyk
(z d. Wawszczyk)
MATKA
Zbigniew WartaWieczorek
SYN

Wydanie pierwsze, jesień 2003 r.
Fragmenty zamieszczone dzięki zgodzie autorów.

Kontakt z autorem: zewpress@wp.pl

 

 

 


Motto:

“Spieszmy do Zawiercia! Na to zasługuje. Żadne inne miasto nie zostało tak ciężko dotknięte klęską  bezrobocia jak właśnie Zawiercie. A jednak ludzi tego miasta nie dało się załamać.”
Z orędzia biskupa Teodora Kubiny. Za: “Z dziejów miasta Zawiercia i parafii. Z okazji VII Diecezjalnego Kongresu Eucharystycznego. 28 – 29 czerwca 1939 r.”

I OTWARCIE DRZWI DO SIENI
(Uwaga na dziury, bo deski w podłodze pokradli!)
 

To jest otwarcie drzwi i wejście do sieni tej książeczki, bo przecież mówi ona o Szarej Kamienicy co jest jak stary umierający człowiek. Ma sto lat i ciut, mało w którym z wybitych oczodołów okien pali się światło. Menele, a może po prostu biedni ludzie wynoszą z niej wnętrzności (cegły, drewno) po kawałku. Niedawno kupił ją, wraz z przylegającym terenem, za marne grosze przedsiębiorca z Mrzygłodu. Jej dni i dni ostatnich mieszkańców są policzone.
Podobno przedsiębiorca chce zburzyć piętro, a z parterowej części zrobić garaże. A możeZburzona "Szara kamienica" - V 2008 sprzeda to na jakiś market. Rozbierający kamienicę chyba robią po jego myśli - nie musi płacić brygadom rozbiórkowym. Szara Kamienica stoi przy zawierciańskiej ulicy Porębskiej, ale mogłaby stać także w Kochłowicach na Górnym Śląsku, czy też na pomorskim osiedlu po byłym Państwowym Gospodarstwie Rolnym. (W kwietniu 2008 r. po 102 latach istnienia kamienica została zburzona - patrz zdjęcie obok, przyp red. PA)
Przez wiele lat służyła jako ciasne, ale własne mieszkanie dla robotników Ś. P. Towarzystwa Akcyjnego "Zawiercie", które umarło już raz przed II wojną. Drugi raz jego spadkobiercę - Zawierciańskie Zakłady Przemysłu Bawełnianego uśmierciła rewolucja roku 1989. Kiedyś przedsiębiorstwo to zatrudniało ponad 9 tysięcy ludzi ! Było to na progu wieku XX.
Teraz w TAZ mieszczą się tam "wodociągi" i znak czasów - Powiatowy Urząd Pracy. Dom przy ul. Porębskiej 33 (kiedyś 31) składa się z pojedynczych niewielkich izdebek, które były jednocześnie sypialnią, kuchnią i pokojem przyjęć, a także łazienką. Na Śląsku nazywało się to "ajncla", a takie pracownicze budynki familokami (po wsiach czworakami). 
Nie przeczę, że cała ta opisana historia ma wymiar bardzo osobisty - przez ponad 60 lat żyły, kochały i umierały się tu trzy pokolenia mojej rodziny po kądzieli. Matka moja Natalia z d. Wawszczyk po 15 - letnim okresie przemieszkiwania gdzie indziej powróciła tu - do jednego z przebudowanych "czerwonych domków".
Stoi on prostopadle do Szarej Kamienicy. Drugi z "czerwonych domków" zburzono. Matka więc co dzień patrzy na upadek kamienicy w której się urodziła ona i ja. Oboje mamy chorobę dokumentowania rzeczywistości, swego śladu na Ziemi. U mnie objawiła się ona paroma wydanymi książkami, u niej stosem zapisków na różne tematy. Noszą one roboczy tytuł „Fotografia dnia”.
Uważam jednak, że historia Szarej Kamienicy to w jakimś sensie dzieje całego grodu nad Wartą, a także oddanie przemian jakie zaszły w awansowanej ze wsi do miasta społeczności polskiej. I nie może być tak, że z Szarej Kamienicy nie zostanie kamień na kamieniu, bo te słowa mogą być trwalsze od nich.
W ten czas boję się wejść do Szarej Kamienicy. Nie chcę zobaczyć tego co jest TERAZ w środku, wolę patrzeć w głąb duszy swojej. Oczami moimi i Matki. Ta książeczka to także zapis życia zwykłych, skromnych ludzi. Nie zawsze być może na taki zapis zasłużyli. Jeszcze jedno - matka posiadała taką wiedzę o każdym z mieszkańców, sąsiadów - czy na dzisiejszym blokowisku mamy chociażby część tej znajomości życia?
Zbigniew Warta Wieczorek


UCIECZKA PRZED KOZAKAMI

MATKA: Zawsze mówiłam, że pochodzę ze szlachty, ale kRok 1910. Rodzina Piedzińskich przy trumnie pradziadka Janato tam wie naprawdę jak to było. W 1863 r. anonimowa matka mojej babci jechała powozem. Uciekała przed kozakami przez las. Była w ciąży. Dziecko urodziła w rejonie Pohulanki (pomiędzy Myszkowem a Częstochową). Położnica  zmarła a dziewczynkę wychowywali leśnicy, albo bednarze. I oni właśnie jej dali nazwisko Bednarska. Potem państwo z miejscowego dworu chcieli moja babkę Emilię wysłać do szkół, ale jej przybrani rodzice się nie zgodzili. Wyszła za mąż za mojego dziadka - Jana Piedzińskiego (jest zdjęcie tegoż z 1910 r. jak leży z sumiastym wąsem w trumnie; w tle rodzina. Robione przypuszczalnie w Szarej Kamienicy. Taka wtedy była moda fotograficzno - obyczajowa). Piedziński był wdowcem i miał już dzieci. Obrotny był ten dziadek - m.in. miał ciotkę Ludwikę, która zmarła w r. 1942 w wieku lat 70 będąc panienką.
Autorka - Natalia Wawszczyk w latach 50-tych. JA: Całe lata w rodzinie funkcjonowała wielka pierzyna, jedyna pozostałość po tej ciotce. Jej grób w latach 80-tych przekopano w rejonie kaplicy na głównym zawierciańskim cmentarzu..
   MATKA: Chyba miał też dziadek Piedziński jednego, albo dwóch synów. Któryś miał na imię Franek. Mieszkali obok późniejszego liceum handlowego w drewnianych domkach na obecnej ul. Górnośląskiej.
  JA: Ulica Górnośląska, kiedyś główna. Tędy prowadziła trasa z Katowic na Kielce jeszcze w latach 60-tych, ale potem wybudowano wiadukt, bo ciągle były kolejki pojazdów przed szlabanami kolejowymi. Wiadukt skasował także targowisko - "kocie łby" na Nowym Rynku. Przeniesiono je w rejon Żabiej i Obrońców Poczty. 
  MATKA: Ci Piedzińscy byli rzeźnikami. Pochodzili z Pilicy. Ich córka wyjechała do Ameryki i tam umarła w 1949 r. Zachowało się jej kolorowe zdjęcie zrobione w nowojorskiej dzielnicy Paterson. Po tamtych Piedzińskich był syn Stanisław. Ożenił się on z panią, której matka była położną - z domu Kurp. Pamiętam taka tabliczkę na kamienicy "Położna Kurp". Więc ten Stasiek umarł. Grób jego jest patrząc od kaplicy w stronę grobu mojej siostry Lodzi.
  JA: W stronę byłego cmentarza dziecięcego. Po Staśku jest  syn, który obecnie jest lekarzem. Poza nimi nikt w Zawierciu się tak nie nazywa. W 2003 r. chodziłem podczas wyprawy rowerowej po cmentarzu pilickim, ale o żadnym Piedzińskim tam nie słyszeli.


V TERAZ WIDAĆ NIEBO

MATKA: Przed wojną po wodę chodziliśmy do studni. Koło willi dyrektorskiej była. Taka studnia na korbę. Wodę w domu i ubikacje pod schodami założyli dopiero pod koniec lat 50-tych. Wcześniej ubikacje było koło komórek. W zimę więc w razie potrzeby służyło  wiadro stojące w izbie. Komórki odgrywały role piwnic. Bo takich w Szarej Kamienicy nie było. U góry natomiast znajdował się strych na którym suszyło się bieliznę. Teraz to już przez ten dach widać niebo, bo albo się rozleciał, albo go porozbierali na opał.


VI WEJŚCIE DO MIESZKANIA.
WIDOK W ŚRODKU

MATKA: Mieszkaliśmy ja, Mama, Ojciec (Siostra Lodzia umarła w 1943 r.). Umeblowanie było takie: 2 łóżka, duża szafa ubraniowa, stół 1,5 metra długości, kredens i stolik na którym  stała pośrodku figurka Matki Boskiej. Po bokach znajdowały się wazoniki wąskie wysokie (do dziś je mam) a w nich sztuczne kwiaty, które moja Mama sama robiła.   Stała też pasyjka Pana Jezusa i figurka Chrystusa, który klęczał dźwigając krzyż. Miał na sobie długą szatę, krzyż był pomalowany na brązowo.
Odkąd tylko pamiętam, że jeżeli mi się coś nie udawało - to już tak od małego dziecka - złościłam się na tę właśnie figurkę, potrącałam ją i wyzywałam. Tak jakby przez nią mi się źle działo, aż wydaje mi się, że ją potłukłam. Chyba ten Jezus porażał mnie swoim spokojem. Stał też zegarek, budzik, fajny. Grał melodyjkę. Zegarek nakręcał tylko mój  Ojciec (jak umarł to ja). Była też łódeczka, którą Lodzia przywiozła z Mainca, gdzie była na robotach. Na łódeczce huśtała się dziewczyna z chłopcem. 
Stało też dość duże lusterko i były dwa krzesła wysokie, politurowane, a trzy drewniane do szorowania. Na ścianach wisiały - portret moich rodziców w złotych ramach (Ojciec z wąsami był w mundurze legionisty) i cztery duże obrazy święte - Matka Boska z otwartym sercem i Pan Jezus też z otwartym sercem, Matka Boska Częstochowska, Matka Boska z Lourdes i klęcząca przed nią Święta Bernadetta.
Ciasno było, ale ja ciągle wracam do tamtych sprzętów.
JA: No i jeszcze taki "detal" o którym Mama zapomniała - królujące pośrodku wielkie drewniane podwójne łóżko (obrazy ponad nim, stoliki po bokach, przed stół, szafa na lewo skos). Urodziłem się na tym łożu. Po lewej od wejścia był piec, po prawej okno na północ - parapet zastawiony doniczkami z kwiatami. Podłoga drewniana z wielkich desek. Mieszkanie nr 6 znajdowało się na pierwszym piętrze. Korytarz jak dla mnie 6 - latka był ogromny -  jeździłem na nim na trójkołowym, zielonym, żelaznym rowerku.
Z sieni po jednym stopniu wychodziło się na drewniane komórki (po śląsku "chlewiki"). Patrząc na wprost od drzwi w odległości gdzieś stu metrów -  w rejonie obecnych garaży - znajdowała się ogromna topola, którą sadził podobno pradziadek Piedziński, ale ją ścięli. Po prawej był zasypany później staw; przed wschodnią krótką ścianą kamienicy rosły pokrzywy z którymi toczyłem wojny razem z młodym Lekszyckim (utopił się potem). Na południowy wschód była łąka i pamiętam jak Januszek Nowakowski (obecnie pracuje w stacji benzynowej na Kalinówce) depcze pszczoły nogami tylko w sandałach. Tam przed wojną dziadek Wawszczyk miał ogródek.
Wszystkie te meble i sprzęty za wyjątkiem łóżka pojechały załadowane na furmance do Goliny co mieszkała na Kierszuli (obecnie część Poręby). Pamiętam jeszcze ten mój zielony rowerek osadzony na szczycie tej piramidy.
To było w roku 1962 kiedy wyprowadziliśmy się na ul. H. Sawickiej (obecnie Huldczyńskiego). Wcześniej też Mama mieszkała ze swym pierwszym mężem, moim ojcem,  Ryśkiem Wieczorkiem częściowo (trochę tu, trochę tu) na Boh. Westerplatte - Fabrycznej. Też w b. domu TAZ. Babcia Józefa znała Golinę jeszcze z wojny. Chodziła do niej na piechotę po jedzenie - za jakieś drobne rzeczy, albo odrobek.
Teraz te meble to pewnie byłyby antyki, wtedy ich się pozbyliśmy jak śmieci. Burty od łóżka ocalały i robiły przez jakiś czas w różnych piwnicach za element konstrukcji na których składało się drewno na zimę.

 


TOWARZYSTWO AKCYJNE

MATKA: Kamienica o której chcę pisać należała do Towarzystwa Akcyjnego "Zawiercie".  Była to fabryka produkująca materiały i tkaniny z przerabianej u siebie przędzy, drukowane, wykończone gotowe towary, bardzo ładne. Towarzystwo jako pierwsze wybudowało dla swoich pracowników w kilku miejscach miasta osiedla, pierwsze tego typu w Zawierciu. Wybudowano także szkołę podstawową przy ul. Niedziałkowskiego, dawniejszą Łaźnię  na rogu ulic Fabrycznej (Bohaterów Westerplatte) oraz Kościuszki - obecnie zakład pogrzebowy   MPGK. Było to bardzo dużo dla miasta. Ludzie mieszkali w znośnych warunkach.
Kamienica stoi w ten sposób, że połowa mieszkańców miała okna na północ, druga połowa na południe. Mieszkania był pojedyncze - jednoizbowe, więc rodziny z oknami na północ można uznać za pokrzywdzone. Właśnie ja  i moja rodzina miała takie mieszkanie. Nieopodal naszego domu - obecnie stoi tam pawilon handlowy - znajdował się ogród w którym była willa. Mieszkał w niej jeden z dyrektorów  Towarzystwa Akcyjnego. Tam gdzie teraz stoją garaże była z kolei kamienica z czerwonej cegły w której mieszkał lokaj z "pałacu". Był też w pobliżu dom Wątorów.
JA: Z opowieści Babci pamiętam tyle, że Wątorka się w wannie utopiła. Byłem  dzieckiem i strasznie się tą opowieścią przejąłem - bałem się kapać.


ZA WYSOKIM PŁOTEM

Od prawej Leokadia, Józefa, Natalia Wawszczyk. Na schodach siedziby dyrektora TAZ (ul. Apteczna)MATKA: Wszystkie te zabudowania były otoczone wysokim płotem. My, dzieci zaglądałyśmy tylko tam przez szpary w płocie. Niewiele z tego pamiętam. Dokładnie w tym miejscu gdzie stoi pawilon była studnia z dwoma kołami. Jedno z nich zaopatrzone było w korbę. Tam nabieraliśmy wodę. Na zapleczu pawilonu jest wybetonowany plac. Poprzednio był tam staw - w ogrodzie obok willi. Po stawie pływały gęsi.
JA: Staw zasypano około roku 1960, kiedy miałem 5 lat. Pełno było tam krzaków i pokrzyw. Dookoła resztki płotu. Chodziłem się tam często bawić chociaż nie było wolno. Staw został tylko w mojej pamięci. 
MATKA: Była też druga studnia artezyjska przy ul. Porębskiej (obok kapliczki) na miejscu której  jest wylot uliczki, która prowadzi od garaży do ul. Porębskiej. Od strony ul. Górnośląskiej przed Szarą Kamienicą były ogródki działkowe. Teraz  tam jest osiedle mieszkaniowe. Było fajnie i nie wyobrażałam sobie, że może być inaczej. Przy ul. Górnośląskiej oraz róg obecnej Obrońców Poczty Gdańskiej znajdowała się również stacja benzynowa. Benzynę pompowano tam ręcznie. Dłuższy czas była obsługiwana  przez rodzinę Ciszewskich, a w ogóle to było tak mało pojazdów samochodowych, że taka jedna stacja benzynowa na Zawiercie wystarczyła. Wszystkie jezdnie wysadzono "kocimi łbami". Nie było kanalizacji.


VIII OJCIE
C MNIE PORWAŁ

Ciotka Leokadia Wawszczyk. Zmarła w 1943 r. mając 19 lat.MATKA: Podczas okupacji w 1943 r. miałam 10 lat i zachorowałam na tyfus. Miałam silną temperaturę przez 6 tygodni na skutek czego straciłam pamięć. Sporo więc zapomniałam i sprzed tego okresu to polegam na tym co mi opowiadała moja Mama Józefa. W szpitalu na Wartach razem ze mną była moja 19-letnia siostra Leokadia. 3 października  1943 r. umarła na gruźlicę. Ojciec mnie zabrał ze szpitala bez wypisu,  po prostu mnie porwał!  Legalnie nie wydaliby mnie. Powiedział, że jedna już umarła to wystarczy i mnie musi ratować.

Po powrocie ze szpitala byłam sama z Mamą, bo Ojciec Jan musiał pojechać z powrotem do pracy w Niemczech.
Na pogrzebie mojej siostry nie byłam ponieważ nie wolno mi było powiedzieć, że ona umarła. Miałam bardzo słabe serce po chorobie i mogłam też umrzeć.


Szara kamienica

|   Do góry   |   Strona główna   |

Centrum Inicjatyw Lokalnychwww.cil.org.pl

Newsletter

ALPANET - Polskie Systemy Internetowe