Dawne Zawiercie w fotografiach i opowiadaniach

Stefan Stefański

Wspomnienia Ludwiki Stach-Pęczkowskiej z Zawiercia – działaczki socjalistycznej w czasie II wojny światowej

Strona główna » Opowiadania » Wspomnienia Ludwiki Stach-Pęczkowskiej z Zawiercia – działa...

W pierwszych dniach sierpnia 1939 r. w Krakowie odbywały się szkolenia wojskowe dla niektórych działaczy Polskiej Partii Socjalistycznej. Na pierwszym z nich był tow. Feliks Bereza, na drugim miał być mój ojciec, lecz został odwołany.

W dniach 25 i 26 sierpnia 1939 r. tow. Feliks Bereza dostarczył nam broń otrzymaną z Okręgu Kraków. Przechowywana była u nas w domu oraz u Ignacego Groji (mąż siostry Anny) zamieszkałego w Zawierciu przy ul. Jagiellońskiej 12. 31 sierpnia 1939 r. na ulicach Zawiercia ukazały się ogłoszenia mobilizacyjne. Z naszej rodziny został zmobilizowany tylko szwagier Ignacy Groja. Brat Stanisław Wencel poszedł w ślad 73 pp. aż na południe Polski. Mąż mój Stanisław Stach został zatrzymany przez ojca w domu.

1 i 2 września oddziały Wojska Polskiego poniosły klęskę pod Częstochową. Zmęczeni, brudni, głodni żołnierze uciekali w nieładzie przez Zawiercie. Czasami zatrzymywali się w niektórych domach, a ludność wynosiła miednice z wodą do mycia, czyste onuce, ciepłe jedzenie, chleb i butelki z piciem. Gdy odeszli, widzieliśmy, że nie da się uratować kraju od klęski, jaką będzie okupacja hitlerowska.

Wieczorem tego dnia ojciec, mąż i ja przystąpiliśmy do zabezpieczenia akt partyjnych, Towarzystwa Uniwersytetu Robotniczego [TUR] i Czerwonego Harcerstwa. Pomagał w tym Zygmunt Makowski, gospodarz Domu Ludowego, członek PPS i Klasowego Związku Zawodowego Włókniarzy w Zawierciu. 3 września ojciec wydał polecenie ukrycia sztandarów, proporców, biblioteki TUR. W pracy tej bardzo pomagał Czerwony Harcerz, Henryk Major – przewodnik Gromady Czerwonego Harcerstwa im. Ludwika Waryńskiego w Zawierciu. Przez nasz dom przechodzili zmartwieni towarzysze, bez żadnej nadziei na lepsze jutro.

4 września weszły do Zawiercia pierwsze oddziały niemieckie. Witała ich spora grupa mieszkańców Zawiercia, o których wiedzieliśmy, że są pochodzenia niemieckiego. Tegoż dnia weszło w życie zarządzenie o zaciemnianiu okien i godzinie policyjnej oraz rozlepiono zarządzenie, że wszyscy mężczyźni od lat 14 do 65 mają się stawić na placu fabryki TAZ (Towarzystwo Akcyjne „Zawiercie”). W wypadku oporu będą rozstrzelani. Spędzono kilka tysięcy mężczyzn i trzymano ich 3 dni i 3 noce.

Z 4 na 5 września weszła regularna armia niemiecka i objęła władzę nad miastem. Dowodził nią gen. Kuntzen. Mężczyźni na placu zostali zewidencjonowani. Według pogłosek mieli być rozstrzelani. Nastąpić to miało, jak tylko do miasta przyjdzie gestapo. W czwartym dniu na polecenie gen. Kuntzena mężczyźni zostali zwolnieni. Na ich miejsce zabrani zostali zakładnicy. Zakładników gestapo przetrzymało tydzień. Byli traktowani okropnie, a szczególnie ksiądz Bolesław Wajzler, prezydent miasta inż. Jan Kowalski i komisarze policji. Musieli myć podłogi, wynosić nieczystości, myć w.c., wynosić fekalia po swoich kolegach. Wszystkim tym czynnościom towarzyszyło bicie i wyzwiska.

Pod koniec września 1939 do domu wrócił szwagier, a w początkach października brat Stanisław. Po długiej naradzie rodzinnej, ojciec stwierdził, że jako stary konspirator z PPS, więzień Pawiaka, Cytadeli (X Pawilon), katorżnik, nie może inaczej postąpić, jak przystąpić do budowania tajnej organizacji. Nie sądzi, aby któreś z dzieci myślało i czuło inaczej. Jego wiernym towarzyszem była nasza mama. Konspiratorka PPS 1905-1907 r. w Warszawie i Zawierciu, trzymana w więzieniach Będzin, Piotrków, Pawiak i X Pawilon Cytadeli. Zesłana na Sybir razem z ojcem, przebyła katorgę i zesłanie w latach 1909-1922. Wrócili do kraju i znów stanęli do działalności politycznej w PPS w Zawierciu. Z Syberii przywieźli pięcioro dzieci, zahartowanych na głód, zimno, niewygody życiowe. Rodzice dali nam wszystko, co mogli dać w okresie przedwojennym, to jest odporność fizyczną i psychiczną.

Koniec października 1939 r. był okresem, kiedy PPS w całej Polsce zeszła w podziemie i tak stało się u nas. Pierwszą trójką tajnej, przygotowanej przez PPS przed wrześniem, organizacji bojowej „Okrzeja-Odra”, w Zawierciu byli: Stanisław Wencel – senior, Feliks Bereza i Jan Kurek. W ostatnich dniach października ta trójka zebrała się w naszym mieszkaniu i postanowiła rozszerzyć swój skład i nadać jej charakter kierownictwa obwodu dla miasta Zawiercia i powiatu. Postanowiono dokooptować Wacława Kowalczyka, Czesława Mendraszka, Ignacego Lipczyńskiego i mego męża Stanisława Stacha – łącznika z Okręgowym Komitetem Robotniczym [OKR] Zagłębie. Pełnił on tę funkcję od czerwca 1939 r. i był łącznikiem między Aleksym Bieniem [wybitny działacz socjalistyczny, w międzywojniu prezydent Sosnowca] a Stanisławem Wenclem.

W listopadzie tegoż roku zgłosił się do ojca Czesław Mendraszek i stwierdził, że w obecnej chwili nie ma nic do roboty jako samorządowiec i do pracy konspiracyjnej włączy się dopiero, jak przyjdzie odpowiednia chwila. W ten sam dzień ojciec przyniósł z pracy rezygnację z udziału w kierownictwie Wacława Kowalczyka, który jednak zdeklarował się brać udział we wszystkich potrzebnych akcjach dla organizacji na terenie TAZ (był tam głównym portierem). Rezygnację tę rozumieliśmy, gdyż tow. Kowalczyk był chorym człowiekiem, a po I wojnie został mu uraz w postaci ustawicznego potrząsania głową. Trzeci kandydat, Ignacy Lipczyński, pracował na robotach publicznych i tam związał się ze Służbą Zwycięstwa Polski, której założycielem był Józef Słaboszewski, a jego zastępcą przedwojenny oficer Teodor Stosik. Stosik był zwierzchnikiem w pracy tow. Lipczyńskiego i uważał, że swoją działalność będą mogli lepiej zakonspirować niż my. Lipczyński został aresztowany ze wszystkimi członkami Związku Walki Zbrojnej [ZWZ] w czerwcu 1940 r., osadzony w KL Auschwitz i tam w przeciągu trzech miesięcy zmarł.

W grudniu 1939 r. ojciec zwołał tajne zebranie pepesowców, w którym uczestniczył Stefan Pol – przedstawiciel OKR Zagłębia. Zebranie powołało Komitet do kierowania działalnością zawierciańskiej, podziemnej Polskiej Partii Socjalistycznej „Wolność – Równość – Niepodległość”. Skład Komitetu był następujący: Jan Kurek „Dziadek” – przewodniczący, Stanisław Stach „Larwa” – zastępca przewodniczącego i technika organizacji, Feliks Bereza i Józef Płoński – sekcja gospodarcza, Czesław Mendraszek – sekcja samorządowa, Bronisław Micuła i Bronisław Stefan Micuła (syn) „Bystry” – sekcja spółdzielcza, Ignacy Nowak i Edmund Ziembowski „Chomik” –    Milicja PPS-WRN, Stanisław Nowak i Wojciech Napora – Straż (Milicja) Przemysłowa PPS-WRN, Stanisław Wencel (syn) „Świder”, „Twardy” – Gwardia Ludowa PPS-WRN, Stanisław Wencel i Józefa Wencel – instruktorzy bojowi i technika. Wszyscy oni działali przed wojną w PPS i związanych z nią organizacjach.

Pierwszymi łącznikami Komitetu Obwodu Zawiercie PPS-WRN były: Maria Mieszczanek z d. Wencel, Helena Micuła, Kamila Jamróz z d. Wencel – wszystkie związane przed wojną z Czerwonym Harcerstwem TUR.

Na następnym zebraniu Komitetu, pod koniec stycznia 1940, na łączników mających działać w zasięgu Generalnego Gubernatorstwa i na punktach granicznych powołano Henryka Majora, Henryka Jamroza, mnie i, niestety, Władysława Pacieja, który później został agentem niemieckim.

Od lutego 1943 r. pracowała jako łącznik Elżbieta Sas z Siewierza. Organizacja miała szereg punktów kontaktowych, tzw. „skrzynek”, mieszczących się w Zawierciu u Stanisława Wencla (ojca) ul. Szymańskiego 1, Anny Groja z d. Wencel – ul. Jagiellońska 12, Zygmunta Makowskiego – ul. Fabryczna 31 i 33, Feliksa Berezy – ul. Słowackiego, Józefa Brzeziny – ul. Paderewskiego (Domy Szklarskie), Bronisława Micuły – ul. Szeroka 26, Jana Kurka – ul. Fabryczna 14, i Edmunda Ziembowskiego – ul. Fabryczna 24. Mieliśmy też dwa swoje punkty kontaktowe w Sosnowcu u Franciszka Bratka i Piotra Stacha.

Zawiercie i powiat należały od 1942 r. do III pułku Brygady Zagłębiowskiej Gwardii Ludowej PPS-WRN. Na jej czele stanął inż. Cezary Uthke. Dowódcą pułku zawierciańskiego został por. mgr Józef Mazurek „Kostek”. Pułk składał się z 2 batalionów. Dowódcą batalionu zawierciańskiego został tow. Piotr Wierzbicki „Jodła”, a batalionu myszkowskiego tow. Mieczysław Stelmach „Zawierucha”.

Ważną częścią naszej pracy konspiracyjnej był kolportaż i wydawanie podziemnej prasy pepesowskiej. Z okręgu docierała do nas prasa centralna oraz pisma okręgu zagłębiowskiego partii. Wydawaniem tych ostatnich zajmowała się w Sosnowcu Maria Polowa – żona Stefana Pola, naszego opiekuna z ramienia OKR. Przed wojną Maria Polowa – działaczka Koła Kobiet PPS w Sosnowcu – często kontaktowała się z moją siostrą Anną Grojową, przewodniczącą Koła Kobiet PPS w Zawierciu. Serdecznie się teraz ucieszyła, że u Anny jest „skrzynka” kontaktowa i tam tylko wysyłała z Sosnowca łączników, którzy dowozili prasę do Zawiercia. Prasy tej było bardzo mało na zapotrzebowanie całego powiatu zawierciańskiego. Okręg dostarczał nam na miasto i powiat od 10 do 50 egzemplarzy pism. Ta liczba nie wystarczała na miasto, a co dopiero na Porębę, Łazy, Ogrodzieniec, Wysoką,

Wysoką-Cementownię koło Łaz, Blanowice, Kromołów, Włodowice, Myszków, Żarki itd. Kierownictwo organizacji postanowiło więc radzić sobie na terenie Zawiercia, aby zwiększyć liczbę egzemplarzy pism. Organizacja nasza miała bardzo dużo sympatyków. Jednym z nich był Stanisław Pęczkowski (do 1939 r. kierownik wydziału drukarni TAZ, gdzie kierownikiem warsztatu mechanicznego był mój ojciec St. Wencel) i on to dostarczył mojemu ojcu stary powielacz, maszynę do pisania – ukrytą przed zarejestrowaniem w gestapo – matryce i dużo papieru do powielania. Komitet postanowił wyremontować maszynę i złożyć powielacz. Sprawą zajął się ojciec z naszym sympatykiem Zygmuntem Żurawskim, rytownikiem-drukarzem tkanin bawełnianych, który pracował w TAZ wspólnie z ojcem.

Zygmunt Żurawski wykonywał nam też matryce do podrabiania druków na „palcówki” i kartki żywnościowe oraz pieczątki w kauczuku i miedzi. Te jego prace dostarczaliśmy do Okręgu, a odbierali je Cezary Uthke, Lucjan Tajchman i Adam Rysiewicz z Krakowa. Mieliśmy powielacz, maszynę, papier i matryce, zaczęliśmy więc odbijać prasę otrzymywaną z Okręgu, żeby mieć jej więcej do kolportażu. Matryce pisałam na maszynie sama, a w powielaniu, składaniu egzemplarzy i wynoszeniu prasy z lokalu pomagali mi: mój mąż Stanisław Stach, Wacław Kowalczyk, Helena Micuła, Piotr Migdalski, Bronisław Micuła (ojciec), Bronisław Stefan Micuła (syn). Ubezpieczali mnie Stanisław Pęczkowski, Wacław Kowalczyk, Jan Leśniak (pracownicy portierni TAZ). Punkty pisania na maszynie i powielania gazet musiałam zmieniać bardzo często. Pierwszym takim były pokoje gościnne przy ul. Fabrycznej 4. Kiedy wprowadził się do jednego pokoju kierownik Arbeitsamtu w Zawierciu Hans Drisner, oficer niemiecki (gestapo), zostałam przeniesiona do naszego mieszkania Teichstrasse 3. Trwało to 2 miesiące.

Mieliśmy sąsiadkę Alinę B., do której przychodził leśnik; po sprawdzeniu okazało się, że jest oficerem SS. Po tym przeniesiono mnie na ul. Fabryczną 31 do domu ludowego TAZ. Tam bardzo pomagał mi Zygmunt Makowski. Jego aresztowanie w lipcu 1941 r. przerwało dalszy ciąg pracy. Po dwóch tygodniach znalazłam miejsce na ul. 11 Listopada w magazynie bielizny, mebli i różnego sprzętu należącego do TAZ. Na tym miejscu dotrwałam do chwili aresztowania, tj. do 5 września 1943 r.

Prasa była dostarczana do „skrzynek” kontaktowych, skąd rozprowadzali ją w Zawierciu kolporterzy: Bronisław Micuła, Edmund Ziembowski, Józef Płoński, Henryk Jamróz, Julia Kurek, Stanisław Nowak, Bronisław Rogoń, Bogdan Drabek. Byli to wypróbowani towarzysze w pracy konspiracyjnej i dlatego Komitet do 1942 r. nie zmienił kolporterów na młodszych.

Prasę na powiat odbierała Anna Grojowa i wydawała zgłaszającym się. Przeważnie byli to właściciele „skrzynek” z powiatu. I tak: Łazy – Stanisław Olszowy, Siewierz – Jan Ziaja, a od 1943 r. rodzeństwo Sas – Elżbieta i Henryk, Żarki Blok – Aleksander Krystman (ojciec), Poraj –     Stefan Zaczyński, Poręba – Stefan Heflik, Ogrodzieniec – Jan Żak, Roman Stąpel. Należy tu podkreślić, że główną „skrzynką” kontaktową naszej organizacji było mieszkanie Anny Groji, gdyż leżało ono na trasie do Łaz. Blisko był dworzec kolejowy, po prawej stronie, a po lewej las ciągnący się w stronę Łaz i Cementowni „Wiek”. W mieszkaniu tym wyznaczali spotkania z naszym Komitetem Cezary Uthke, Stefan Pol, Adam Rysiewicz, Lucjan Tajchman i inni. Anna odbierała rozkazy i przekazywała je do wykonania, wydawała łącznikom prasę, przechowywała „spalonych” towarzyszy, przechodzących do GG. Z mieszkania tego nasz brat „Twardy” ze swoją grupą bojową wychodził na akcje zbrojne. Tu odbywały się zebrania bojowców. Z tego mieszkania zabrał broń „Twardy”, jak wychodził po raz drugi w „las”.

Anna pokonywała ogromne trudności pracy konspiracyjnej w wiecznym strachu, gdyż miała dwie córeczki urodzone 1 października 1939 r. i 27 lutego 1942 r. W tym czasie gestapo aresztuje naszych starych towarzyszy oraz porucznika Józefa Mazurka „Kostek”. Anna została aresztowana za siostrę Kamilę Jamróz. Na gestapo w Zawierciu przechodzi śledztwo. Aresztowania nastąpiły na skutek denuncjacji agenta gestapo Pilarczyka.

Decyzją naszego Komitetu miałam rozpocząć pracę nad szkoleniem towarzyszy nie umiejących pisać a nawet czytać, Czesław Mendraszek zaś miał się zająć szkoleniem na temat spółdzielczości i samorządu. Miałam w 1937 r. skończone Kupieckie Gimnazjum Stowarzyszenia Kupców Polskich w Zawierciu, skończony kurs i pełne przeszkolenie Przysposobienia Wojskowego Kobiet oraz pełne wyszkolenie PCK objęte przez średnie szkoły. Wszystkie braki w dziedzinie wojskowej uzupełniał mi brat, szwagier, ojciec, a nawet matka, która w walce z caratem prowadziła z Franciszką Bratek „Babcią” oddział techniki bojowej.

Do czerwca 1943 r. uczyłam naszych towarzyszy i ich dzieci u siebie w domu oraz w ich domach w Zawierciu, Mrzygłodzie, Mrzygódce, Blanowicach, Kierszuli i gdzie mnie potrzebowali. Uczyłam pierwszej pomocy lekarskiej, uczyłam, z jakich części składa się broń krótka i długa, posługiwania się mapami i kompasami, słownikiem języka niemieckiego. Ile razy w tych wędrówkach słyszałam: „Trzeba było wojny i Hitlera, żeby nabrał chęci do tego”, albo słowa: „Siadaj synu lub córko i słuchaj, bo jak coś zapomnę, to podpowiesz”.

Czesław Mendraszek był przedwojennym działaczem PPS, któremu nasza organizacja i my działacze wierzyliśmy i oczekiwaliśmy od niego wiele. Posiadał dar mówienia i przekonywania. Taki dar to dobrodziejstwo wielkie dla wszystkich, którym myślenie w tak ciężkich czasach przychodziło z trudnością, a nawet tych przekonywało, którzy wierzyli w walkę z bronią w ręku.

Chcieliśmy ludzi tych przysposobić do życia w wolnej ojczyźnie, która miała szybko po wyzwoleniu nadążać za krajami mało zniszczonymi w II wojnie światowej. Przy szkoleniu samorządowym liczyliśmy, że Mendraszek będzie uczył naszych starych i nowych towarzyszy, którzy spotkali się z ideologią socjalizmu dopiero teraz, w chwili wstąpienia do GL czy innej sekcji socjalistycznej organizacji. Niejeden nam powiedział: „Dajcie nam broń, a jak jej nie macie, to myślcie, jak ją zdobyć, by bić Szwabów. Kto to wie, co później będzie. Jak ich będzie mniej, będzie nam lżej żyć”.

Cz. Mendraszek przeprowadził jedno szkolenie w Domach Szklarskich przy ul. Paderewskiego u Józefa Brzeziny. Na tym jednym skończyło się. Zostało przerwane, a towarzysze przeznaczeni do wysłuchania wykładów zostali dołączeni do oddziału bojowego, politycznego oraz Milicji w zakładach pracy. Trzeba przyznać, że był to ich własny pomysł. Pracę tę wykonywali bardzo dobrze, ofiarnie i rozważnie. Na zapytanie Komitetu, dlaczego przerwał pracę szkoleniową, Mendraszek oświadczył, że na ten rodzaj pracy konspiracyjnej nie nadszedł jeszcze czas i że będzie na to czas, kiedy wojna będzie się kończyć. Mój mąż, który pracował z nim firmie E. Erbe – Wytwórnia Łączników Kuto-Lanych, na polecenie Komitetu rozmawiał z nim, ale tow. Mendraszek nie podejmował żadnej innej pracy konspiracyjnej aż do chwili aresztowań 5 września 1943 r. W dniu tym przestraszył się i uciekł do Generalnej Guberni.

Robiąc analizę jego postępowania, doszliśmy do wniosku, że żył on w stałej obawie przed zagrożeniem ze strony Niemców. We wrześniu 1939 r. uniknął aresztowania jako zakładnik, gdyż był zmobilizowany. Wrócił do Zawiercia i rozpoczął pracę w Fabryce Erbego i do chwili ucieczki we wrześniu 1943 r. był w niej zatrudniony. W kwietniu 1940 r. przeżył bardzo nerwowo aresztowanie zakładników, które objęło w Zawierciu 100 osób, samą inteligencję. Gestapo wysłało ich do obozów koncentracyjnych, które przetrwało tylko kilku. Przeżywał to bardzo, bo czuł się zawsze inteligentem. W sierpniu 1941 po aresztowaniu tow. Zygmunta Makowskiego znów go przejął strach, że może jako przedwojenny pepesowiec być aresztowany.

Szkolenie przerwane przez Mendraszka zostało podjęte w 1941 r. przez Bronisława Stefana Micułę „Bystry”, który miał ukończone liceum handlowe w Częstochowie i, jak się okazało, miał dar mówienia i znał wykładane przedmioty. Po kilku miesiącach objął też w naszym Komitecie sekcję gospodarczą, a jego zastępcami byli jego ojciec i siostra Helena.

Wspomniałam już, że w tworzeniu zawierciańskiej organizacji PPS-WRN i jej ośrodka kierowniczego uczestniczyli działacze i aktywiści przedwojennej PPS. Przykrym wyjątkiem od tej reguły była osoba Leona Konopki, znanego i popularnego na naszym terenie działacza PPS przed 1939 r.

Na zebranie organizacyjne w grudniu 1939 r. został zaproszony przez mego ojca na wyraźne zlecenie tow. Stefana Pola – naszego opiekuna z ramienia Okręgu. Po zebraniu nie został mu przydzielony żaden odcinek pracy partyjnej. Jego wypowiedzi i zachowanie spowodowały, że Komitet całkowicie go odsunął od tego obowiązku. W późniejszym czasie tłumaczył się, że ma troje dzieci, jest bardzo znanym przedwojennym działaczem, że mieszka w tym samym domu, co konfident gestapo Stefan Krzak, zwany przez ludzi Zawiercia „Suką”. Tow. tow. Lipczyński i Kurek bardzo się sprzeciwiali tej decyzji, ale pozostała część przegłosowała ich. Towarzysze, którzy głosowali przeciw włączeniu Leona Konopki do pracy w naszych szeregach, na drugim zebraniu podali swoje powody. Oto one. Po pierwszym aresztowaniu zakładników w 1939 r. Konopka wskazał władzom Wehrmachtu mieszkania pracowników Rady Miejskiej. Drugi powód – był razem z wehrmachtowcami także u tow. Lipczyńskiego i Kurka. Towarzyszy Lipczyńskiego i Kurka w tym czasie nie było w Zawierciu i nie chcieli dać temu wiary. Leona Konopkę wzięto pod obserwację. Była to trudna sprawa.

Cały szkopuł w tym, że w okresie przedwojennym zyskał dużo przyjaciół wśród towarzyszy z PPS, TUR i wielu sympatyków nie związanych z ruchem socjalistycznym. Drugą sprawą były aresztowania latem 1941, związane z wybuchem wojny niemiecko-radzieckiej. Aresztowanych było około 25 działaczy komunistycznych i socjalistycznych, między innymi Zygmunt Makowski, Henryk Jamróz (mąż siostry Kamili), Jan Stopczyński. Rodziny aresztowanych przychodziły do mnie, do ojca i do męża o radę, a najważniejsze, mówili, czego się domyślają, niektórzy chodzili na gestapo z zapytaniem, za co zostali wzięci ich najbliżsi, inni jeszcze starali się przez znajomych dotrzeć z pieniędzmi do urzędników gestapo. Otrzymali na to wszystko odpowiedź: „Przecież myśmy nie wiedzieli, że wasi mężowie są komunistami. Wasze Polaki nam powiedzieli, miejcie do nich pretensje”.

Po tych faktach moja siostra poszła pod gestapo i podeszła do piwnicy, gdzie siedzieli więźniowie. Wywołała męża i ten powiedział jej: „Moja sprawa – to ucieczka z wojska, potwierdził to Leon Konopka. Pozostali są z listy członków PPS i Organizacji Młodzieżowej TUR, złożonej w 1938 r. naszej policji przez Konopkę. W tej sprawie wołali Rozbickiego i Porca (konfidenci przedwojennej policji, wiecznie rozpracowujący naszych członków). Idź do Janikowskiej, Stefy Cicheckiej i Łazarzowej może ci coś powiedzą więcej, a teraz uciekaj”. Wrzuciła mu papierosy, chleb i musiała uciekać, bo w drzwiach ukazał się wilczur (cały czas stałam na ulicy i czekałam, czy uda się siostrze podać jedzenie i papierosy). Zawsze takie sprawy załatwialiśmy w ten sposób, żeby wiedzieć, czy się udało, a jak nie wróci, co powiedzieć rodzinie.

Trzecia sprawa była związana z aresztowaniami członków organizacji ZWZ – u nas w Zawierciu mówiło się „Sprawa Stosika”. Teodor Stosik prowadził roboty publiczne, na których pracował tow. Ignacy Lipczyński. W kwietniu 1940 r. Lipczyński zgłosił się do nas i poinformował, że na jednym z ich zebrań stanęła sprawa Konopki, któremu ludzie wiele zarzucają, a najważniejsze to, że współpracował z przedwojenną „dwójką” [swoista policja polityczna, jednak wchodząca w skład służb wojskowych]. Sprawa ta była referowana przez Kazimierza Poncyliusza i Bronisława Palę. Tę sprawę omawiał też Pala z moim bratem Stanisławem. Mimo że meldował on o tym ojcu, ten nie uwierzył w to i co gorsza odprawił Lipczyńskiego przekonany, że to nieprawda. Ojciec wezwał do siebie Teodora Stosika. Ten, pewny siebie oficer, przyszedł od razu. Nie bawił się w opowiadania, ale zażądał usunięcia Konopki z naszych terenów. Jeżeli nie, to ich organizacja weźmie ten ciężar na siebie. W końcowej rozmowie ojciec oświadczył, że to wszystko poszlaki i nie może człowieka tak zasłużonego dla ruchu socjalistycznego na naszym terenie skrzywdzić, muszą być na to dowody.

W czerwcu 1940 r. cała grupa Stosika została aresztowana. Z 26 aresztowanych wróciło tylko 3. Część ich osadzono w Berlinie w więzieniu i tam mieli śledztwo i Volksgericht, na mocy którego zostali skazani na karę śmierci przez ścięcie toporem. Konopka był wzywany do Berlina jako świadek oskarżenia. Na nasze prośby i rozkazy niestawienia się w Berlinie – odmawiał. Propozycję przerzucenia go do GG wraz z rodziną, stanowczo odrzucił. Takie propozycje stawiano od czerwca 1940 do 1942 r., tj. do chwili ukazania się w prasie notatek o „straceniu w Berlinie groźnej grupy Polaków występującej przeciwko Wielkiej Rzeszy”.

Rodziny pomordowanych miały do nas pretensje, że Leon Konopka chodzi po Zawierciu. Okręg żądał od nas zlikwidowania Konopki. Komitet nasz odmówił, gdyż do organizacji należeli towarzysze, którzy w to nie wierzyli lub starali się tłumaczyć postępowanie Konopki. Po tym, jak był świadkiem oskarżenia w sprawie Stosika, towarzysze ci obawiali się, że likwidacja Konopki może przynieść ofiary w naszej organizacji. Zwolennicy Konopki przeszli do Gwardii Ludowej PPS-WRN [nie mylić z późniejszą komunistyczną Gwardią Ludową, celowo nazwaną podobnie, by pozyskać osoby związane z ruchem socjalistycznym], gdzie przejął ich mój brat Stanisław Wencel. W listopadzie 1942 r. jeszcze raz poszliśmy z mężem do Konopki z propozycją, by opuścił Zawiercie. Nie przyjął jej i mimo już oczywistych faktów – wszystkiemu zaprzeczał.

W sierpniu 1940 r. przyjechał do nas Adam Rysiewicz „Teodor”, członek OKR PPS-WRN Kraków. Przeprowadzał instruktaż, zapoznawał nas z nowymi metodami konspiracji. W szkoleniu tym uczestniczyli: Stanisław Stach, Piotr Wierzbicki, Jan Kurek, Bronisław Stefan Micuła, Teodor Wolski, Stanisław Olszowy, Henryk Major, Kamila Jamróz, Helena Micuła i ja.

Szkolenie było podzielone na dwie grupy i także miało przygotować nas do udzielenia pomocy więźniom w obozach koncentracyjnych. W wyniku tego szkolenia Organizacja nasza podporządkowała Okręgowi Kraków, a bezpośrednio „Teodorowi” trzech ludzi, którzy od zaraz powinni rozpocząć współpracę z Komitetem partii w Brzeszczach. Do tej „trójki” należeli: Stanisław Olszowy, Stanisław Stach i ja, a w wyjątkowych wypadkach Henryk Jamróz. Wybrani musieli określić zadania i wskazać towarzyszy, którzy w późniejszym czasie będą mogli tę pracę przejąć. Pierwszego zwiadu dokonałam z Heleną Micułą w obozie „Niwka” należącym do więzienia na Towarowej w Sosnowcu. Następnym obozem była „Radocha”, gdzie wywiadu dokonywałam z Aleksandrem Muchą z Sosnowca. Do Oświęcimia z lekarstwami pojechali Stanisław Olszowy i Stanisław Stach. Z powodu choroby Stacha w następnych wypadkach towarzyszyła tow. Olszowemu jego żona – Ludwika Stach.

Z OKR Sosnowiec oraz OKR Kraków przez Lucjana Tajchmana jak i Adama Rysiewicza otrzymaliśmy polecenie nawiązania kontaktu z ZWZ na terenie Zawiercia. W tym celu Stanisław Wencel i Stanisław Stach zwracają się do Stanisława Wałka i Henryka Krzakiewicza. Rozmowy nie przyniosły pozytywnych skutków. W tej sprawie umówili spotkanie z Józefem Słaboszewskim, które także nie dało pozytywnych wyników. Negatywny stosunek do nas czy brak chęci współpracy ujawnił się tylko w Zawierciu, gdyż Adam Rysiewicz nawiązał kontakt z ppłk. Henrykiem Kowalówką i tym samym kontakt z organizacją, która nas później poprowadziła pod druty obozowe. Ppłk. Kowalówka przekazał dla nas dwa punkty – Oświęcim Babice oraz Brzeszcze. W Brzeszczach ojciec skontaktował mnie z Janem Nosalem, starym działaczem PPS, posłem na sejm z ramienia naszej partii przed 1939 r. Tow. Jan Nosal zapoznał męża i mnie z ich łącznikiem.

Hasłami, które nas łączyły z ludźmi z terenu były: „Zagłębianka” lub „Zagłębiak”, „Zaolzianka” lub „Zaolziak”. W Brzeszczach „Orzeł” – „Reszka”. Nasza praca polegała na tym, że z punktu w Sosnowcu (od Franciszka Torbusa) zawoziliśmy materiały opatrunkowe, medykamenty, środki dezynfekcyjne, środki higieny osobistej na umówione punkty w Oświęcimiu. Był to dworzec, kościół, sklep w pobliżu dworca i apteka. W późniejszych czasach woziłam ausweisy, bieliznę, nawet obuwie.

Po kilku miesiącach zaczęliśmy organizować na własnym terenie zbiórkę tych środków i materiałów. Dostawcami byli farmaceutka Eugenia Gryszczuk-Schoeneich z Zawiercia, pracująca w aptece w Ząbkowicach i Mieczysław Kloss – drogista (volksdeutsch) właściciel sklepu. Ten realizował nasze potrzeby bez pytania i nie ograniczając nas. Powyższe środki były wykupywane przez poszczególnych członków rodzin, znajomych itd. Wyjazdy do Oświęcimia trwały do czerwca 1941. Wtedy Adam Rysiewicz polecił nam ograniczyć się do dostarczania materiałów tow. Torbusowi, od którego miał je odbierać Edward Hałoń z Brzeszcz.

Ostatni raz byłam w Oświęcimiu w maju 1941 r. Na umówionym miejscu nie znalazłam zapowiedzianego znaku i nie spotkałam Jana Nosala. Był to kiosk z gazetami oddalony od dworca 100 m po lewej stronie ulicy. Wystraszona, nie wiedząc co robić, weszłam do zakazanego w normalnych warunkach punktu – apteki. Tu spotkałam kobietę o prawie kwadratowej twarzy. Pociągnęła mnie za płaszcz na zaplecze lokalu i oznajmiła mi, że „Stary” (Jan Nosal) chory, że ona jest łączniczką Heleną z Brzeszcz. Podała mi też wiadomość, że „Józef” (Józef Cyrankiewicz) został aresztowany. Powtórnie z Heleną Płotnicką spotkałam się we wrześniu 1943 r. w bunkrze Bloku 11 KL Auschwitz.

22 czerwca 1941 r. wybuchła wojna niemiecko-radziecka. Warkot przelatujących samolotów, turkot pociągów zapowiadał nam znów nowy seans grozy. Warunki polityczne skłoniły Okręg Zagłębie do wydania decyzji o przerzucie broni do Sosnowca. W pierwszym rzędzie została zabrana od nas. Przewoziłam ją po jednej sztuce, oddawałam inż. C. Uthkemu. Spotykałam się z nim u Lucjana Tajchmana i Stefana Kury w Będzinie. Nie lubiłam jeździć do tych mieszkań. Żony ich nie bardzo lubiły takich gości, jak ja. Mąż mi mówił, że to tylko wrażenie, ale następny raz pojechałam do Antoniego Biedronia. Tam czułam się tak, jak pragnęłam.

Biedroniowa miała uśmiechniętą twarz, a Biedroń załatwiał szybko i sprawnie. Pytał zawsze, ile mamy czasu, stawiał przede mną herbatę i, nim ją wypiłam, już miałam prasę, dyspozycje, czasami rozkazy. Nieraz kazał mi przekazać coś ustnie. Następne dwa spotkania miałam u Franciszki Bratek, serdecznej koleżanki mojej matki. Razem pracowały w technice bojowej PPS i razem zostały aresztowane przez władze carskie. Broń tę odbierał były Czerwony Harcerz, Piotr Skotnicki. Było jej 6 sztuk różnego kalibru, od małych „szóstek” do ciężkich „dziewiątek”. Byłam dla organizacji dobrym kurierem, byłam w 6 miesiącu ciąży i posiadałam zaświadczenie „schwanger” – ciężarna.

Wybuch wojny na Wschodzie kazał nam myśleć o ludziach zagrożonych. Wszystkich aktywnych związkowców umieściliśmy w zakładach Werner i Merz oraz w fabryce amunicji Mellera w TAZ, a potem także w zakładach „Luftwaffe”. Były to zakłady odzieżowe, dużo krawców i szewców znalazło tu pracę – mogli spokojnie pracować konspiracyjnie.

Podniecenie ludności w mieście potęgowało się. Było spowodowane wiadomościami podawanymi przez radio i prasę niemiecką o wspaniałych sukcesach na froncie wschodnim. Gestapo zaczęło wszędzie węszyć, a najbardziej między ludnością żydowską. Nie wiedzieliśmy, co to ma znaczyć. Według późniejszych wyjaśnień dra Stanisława Buchnera, przedwojenny paskarz Szloma Diament poszedł na usługi gestapo i donosił, kto z Żydów w Zawierciu był komunistą, a kto sympatykiem. Wielu Żydów zginęło w niewiadomy sposób.
Z wybuchem wojny wiązały się też aresztowania Polaków, przeprowadzone w Zawierciu od czerwca do sierpnia 1941 r. Aresztowano 25 działaczy komunistycznych i socjalistycznych.

Zostało zwołane zebranie Okręgu, na którym były poruszane nurtujące nas wszystkich problemy, a mianowicie aresztowanie naszych towarzyszy i lewicowców. Wyglądało tak, jakby została podyktowana lista. Lista wszystkich obecnych w Zawierciu. Jak się później okazało, listę tę sporządziła przed wojną nasza policja na polecenie Komendy Głównej Policji Państwowej w Warszawie, które otrzymał Komendant Policji w Zawierciu Jan Siwon. Do gestapo dostarczył ją konfident przedwojennej policji Rozbicki, który zajmował się rozpracowywaniem socjalistów i komunistów.

Dla tajnej PPS-WRN nastały ciężkie czasy. Nasi wywiadowcy szukali możliwości dojścia do prawdy, dlaczego zostali aresztowani Zygmunt Makowski, Henryk Jamróz (mąż siostry Kamili), Jan Stypczyński. Dopiero odpowiedziała nam na to wiadomość przyniesiona przez siostrę ze spotkania ze swoim mężem, który siedział w piwnicy gestapo i czekał na wywóz do obozu. Już o tym wspomniałam.

19 sierpnia 1941 r. oni trzej i czterech innych, których nazwisk nie znam, zostali wywiezieni do KL Auschwitz. Pierwszą wiadomość otrzymaliśmy od robotnika na cywilnych robotach p. Makiełę z ul. Szkolnej, a potem przyszedł list. H. Jamróz był więźniem nr 20 110. 22 października już nie żył. Zostawił żonę, która 16 grudnia 1941 r. urodziła syna – też Henryka. Rodziny pozostawione przez naszych członków nie były zamożne. Po aresztowaniu ojców do domów wkradał się niedostatek. Należało zdobywać dla nich pieniądze, jedzenie oraz pracę. Do Zawiercia pierwsza pomoc przyszła w postaci 30 000 RM [Reichsmarki – marki niemieckie], które otrzymaliśmy z Okręgu Kraków. Przekazali je nam towarzysze z Olkusza. Do rozprowadzania tych pieniędzy upoważnione było kierownictwo naszej organizacji.

Przechowywanie ich należało do mnie. Pracowałam jako pomoc kasjera Artura Triebe, volksdeutscha II grupy. Znałam go przed wojną jako pracownika działu sprzedaży TAZ. Ciężkie to były dla nas chwile, ja zmuszałam go do wystawiania raportu kasowego na 30 000 RM, żeby było pokrycie, gdyby gestapo znalazło te pieniądze ukryte w kasie pancernej, on wyraźnie się wzbraniał. Zmusiłam go, grożąc mu bronią. Ojciec zmontował mi jedną sztukę z przynoszonych części. Pistolet był moją własnością, której każdy z organizacji używał i każdy mi zazdrościł. Za kilka dni pieniądze zostały podzielone na nasze oddziały, a ja je częściowo wynosiłam. W mojej pracy, którą wykonywałam, nie dałabym rady bez Wacława Kowalczyka – „Trzęsigłowa”, o którym się teraz nic nie pisze, mojego ojca, który tu pracował jako ślusarz, i wszystkich sympatyków naszego ruchu podziemnego.

Potem stworzyliśmy stałą bazę funduszu pomocowego. Polegało to na stałym opodatkowaniu się naszych towarzyszy i ludzi pewnych. Byli nimi: Bronisław Micuła, Bronisław Stefan Micuła, Helena Micuła, Józef Micka – rzeźnik, Kazimierz Jagielak – ojciec, Kazimierz Borkiewicz – ojciec, Bogusław Pęczkowski, Stanisław Pęczkowski, Wacław Kowalczyk, Bronisław Rogoń, Stanisław Wencel – ojciec, Eugenia Gryszczuk – farmaceutka; pracownicy TAZ – Władysława Ludwik, Stanisław Baran, Stanisław Wyrwisz, Jan Leśniak, Antoni Nowakowski; Genowefa i Henryk Janoskowie – pracownicy Huty Szkła, Edmund Ziembowski, Ludwika i Stanisław Stachowie, Maksymilian Raczyński, Tadeusz Klimkiewicz, Czesław Labocha, Kazimiera Opydowa, Stanisław Sroka, Józef Płoński. Stefan Maszczyński, Jakub Dyja, dr Stefan Gawlik, Jan Kurek, Michał Kusiński, Stefan Rowecki, Edwin Erbe – syn właściciela firmy E. Erbe. Rozprowadzaniem zdobytych pieniędzy zajmowali się Feliks Bereza, Józef Płoński, Edmund Ziembowski. Byli to towarzysze cieszący się dużym zaufaniem rodzin i Komitetu naszej organizacji.

W październiku 1941 r. szeroko w naszej organizacji mówiło się o zjednoczeniu wszystkich organizacji podziemnych przez rząd londyński. Robiono przymiarki wojskowe na naszym terenie, ale prócz porucznika rez. profesora matematyki Józefa Mazurka, żaden oficer z ZWZ i innych organizacji nie przeszedł do naszych szeregów. Natomiast utworzyła się Armia Krajowa – AK. Mieliśmy z nią współpracować i służyć pomocą. Organizacja nasza ze względu na liczebność, staż pracy konspiracyjnej, na swój charakter demokratyczny, socjalistyczny nie pozwoliła się wchłonąć i uważała, że u nas ster w prowadzonej konspiracji powinni trzymać socjaliści. Przecież Armia Krajowa, zlepek organizacji, dopiero rozpoczynała pracę koło silnej już organizacji socjalistycznej.

W grudniu 1942 r. zostało zwołane zebranie zawierciańskiego Komitetu PPS-WRN. Jan Kurek, Stanisław Stach, Stanisław Wencel referowali sprawę podporządkowania się AK naszej Gwardii Ludowej. Cały Komitet stwierdził, że musimy dostać daleko idącą autonomię z pozostawieniem nam prawa konspiracyjnego, ideowego, samodzielności działania w dywersji, jak i grupach leśnych. Komitet utworzył referat do spraw specjalnych, którego zadaniem była ochrona organizacji przed penetracją niemiecką. Referat został powierzony Stanisławowi Olszowemu „Olcha” z Rokitna Szlacheckiego, mnie „Larwa II” z Zawiercia i Teodorowi Wolskiemu „Michał” z Myszkowa. Zebranie odbyło się w moim mieszkaniu z udziałem Cezarego Uthke.

Po wstąpieniu do nas por. Mazurka zgłosiło się do nas dużo młodzieży, byłych harcerzy i uczniów gimnazjalnych, którzy zostali u nas kolporterami, redaktorami miejscowych wiadomości, a niektórzy nawet wywiadowcami, każdy w swoim zakładzie pracy.

W październiku 1941 r. urodziłam córkę. W styczniu 1942 r. została podjęta przez Komitet PPS-WRN Zawiercie dalsza praca nad poszerzeniem naszych szeregów. Objęto kolejne gminy, jak Mrzygłód, Marciszów, Blanowice, Pomrożyce, Włodowice, Rudniki, Skałka, Kotowice (GG). Towarzysze z Poręby zaczęli agitować w swoim rejonie. Towarzysze z Myszkowa mieli naszą pracę przerzucić na Poraj, Czarną Strugę i Masłońskie, a w Łazach nawiązać kontakt z organizacją „Orła Białego”.

W związku z tym porozumieniem uzyskaliśmy od nich sporą ilość fałszywych kartek żywnościowych. Produkcją ich zajmowali się Waldemar Maj i Henryk Wyczałkowski. W kilka miesięcy później Henryk Driański zwrócił się do nas o zaprzestanie drukowania, gdyż może to się przykro skończyć. W tej sprawie wyjechał do Łaz tow. Bronisław Stefan Micuła, który miał się spotkać z Waldemarem Majem. W umówionym punkcie czekała żona Maja – Halina, która oznajmiła, że mąż nie przyjdzie na spotkanie, bo musiał zmienić miejsce zamieszkania. Sprawę tę przejął tow. Stanisław Olszowy. Spotkał się z Majem i kategorycznie zabronił prowadzenia w dalszym ciągu drukarenki. Zagroził im, że jeżeli spotkamy choćby jedną nową kartkę, nasza organizacja przeprowadzi likwidację wszystkich urządzeń. Praca ustała, ale nie na długo, gdyż już z początkiem 1943 r. rozpoczęli druk ponownie bez naszej wiedzy, natomiast za wiedzą AK.

Na Ksawerze koło Będzina został wybudowany obóz jeniecki dla Anglików, Amerykanów i innych narodowości – dla żołnierzy wojsk alianckich. Po pewnym czasie zaczęły się szerzyć ucieczki z obozu. Tymi sprawami na naszym terenie zajmowało się AK. Ale akowcy czasami nie wiedzieli, gdzie mają ich odsyłać i co zrobić, jeśli uciekali ci, którym się nadarzyła okazja. Tacy kryli się po lasach, polach i czasami trafiali przypadkowo w dobre ręce. Tak było też i w tym przypadku. Do Stanisława Stacha zgłosił się Olszowy, że Michalski z „Orła Białego” (AK) przechowuje Anglika. Czy nie możemy mu pomóc w przerzucie do GG. Anglika przejęłam od Ireny Oblamskiej między Łazami i Zawierciem. Dojechałam z nim do Borowego Pola i stamtąd wróciłam na ul. Staroszkolną do naszego domu. Był zawszony, głodny i brudny. Umiał kilka słów po niemiecku. Jakoś dawaliśmy sobie radę. Po doprowadzeniu go do stanu, który rokował, że będzie mógł iść kilka kilometrów, wyruszyłam z nim na granicę w Górze Włodowskiej. Tam przejęli go towarzysze z GG. Za dwa tygodnie dostaliśmy potwierdzenie z Krakowa, że żyje. Potem było ich więcej. Przejmowałam ich, a do granicy prowadził ich Stefan Maszczyński, technik budowlany pracujący w robotach drogowych.

W czerwcu 1942 r. nasz łącznik na trasie Częstochowa – Zawiercie ps. „Kasia” (nazwiska nie znam, była piękną brunetką), mimo zapowiedzi do Zawiercia nie dotarła. Miała zjawić się w punkcie kontaktowym u mojej siostry Anny Groji lub u Jana Kurka. Po swojej linii dałam znak Annie Skórkowskiej, naszemu łącznikowi z Koniecpola (GG), żeby pojechała do Częstochowy pod podany przeze mnie adres i wypytała o „Kasię”. Mój mąż denerwował się, że wyszukałam tak okrężną drogę (zdawało mi się, że pewną) i wysłał Władysława Pacieja (łącznik kolejowy na różnych trasach).

Przed wojną Władysław Paciej był robotnikiem ze Cementowni Wysoka koło Łaz i uważany był za komunistę. Po klęsce wrześniowej zgłosił się do fabryki i został przydzielony do werbunku ludzi po wsiach i miastach do pracy w fabryce. To było bardzo interesujące stanowisko dla łączności. Jego teść, który był kolejarzem i współpracował z Stanisławem Olszowym w przewozach prasy konspiracyjnej z Rzeszy do GG, zaręczył za niego, że to bardzo dobry Polak. Miał zrobić wywiad z kobietą, która mu odpowie na wymienione hasło. Paciej wpadł na dworcu na obławę handlarzy i razem z nimi dostał się na posterunek policji. Nie wiemy, co przy nim znaleźli, choć zgodnie z rozkazem nie powinien mieć nic konspiracyjnego. Po rewizji i przetrzymaniu go kilka godzin, Paciej przyjechał do Zawiercia i nie zameldował nam o tym przypadku, lecz powiedział, że w Częstochowie był kilkakrotnie pod wskazanym adresem i nikogo tam nie zastał. Mąż powiadomił o tym przez Henryka Majora swego brata Kazimierza Stacha mieszkającego w Sosnowcu i ten przekazał wiadomość tego samego dnia tow. A. Biedroniowi. Towarzysze z Sosnowca postanowili zmienić punkt kontaktowy.

Za kilka dni kuzynka „Kasi” dała nam znać, że ta została aresztowana na przejściu granicy w Poraju, łącznie z handlarzami i widocznie znaleźli przy niej coś ciekawego dla siebie, gdyż do tej pory nie wypuścili jej. W kilka dni po tej wiadomości towarzysze z Częstochowy dali znać o zatrzymaniu i zwolnieniu Pacieja, zapewniając, że zrobią rozeznanie w sprawie „Kasi” i przez naszych z Czarnej Strugi dadzą odpowiedź. Cały ten incydent wspólnie z Olszowym, który zwerbował Pacieja, i z mężem rozpatrywaliśmy pod wszystkimi aspektami i doszliśmy do wniosku, że aresztowanie „Kasi” to jedna sprawa, a aresztowanie i puszczenie przez Schutzpolizei Pacieja to sprawa druga.

Pojechałam do L. Tajchmana i zameldowałam mu o tym. Sprawę tak przedstawiłam, jak ją rozpatrywaliśmy w Zawierciu. Wyraził mi dużo współczucia i kazał odpocząć, gdyż bardzo źle wyglądałam. W tym okresie do naszego domu przybyło czworo dzieci, nasze – córka Anna, brata córka – Wanda, siostry – syn Henryk i siostry – córka Grażyna. Dochody mieliśmy te same i często gęsto byłyśmy głodne, bo przecież mężczyzn musiałyśmy nakarmić, gdyż dużo ciężej pracowali od nas.

Gdy wróciłam do Zawiercia, zaczęłam sama wertować chwila po chwili pracę Pacieja w organizacji i zaczęło mi się rwać, nie podobać wiele wypowiedzi, tłumaczeń, zapewnień. W konsekwencji postanowiłam więcej nie stykać się z Paciejem i nic z nim nie załatwiać.

Postanowiłam go dalej obserwować. Do pomocy w tej sprawie poprosiłam Bronisława Stefana Micułę. Chętnie się zgodził i każdy po swojemu zaczął obserwację i wywiad. Paciej to czuł – zaczął więc mi przywozić mięso i śledzie, które lubiłam. Po wielkich targach przyjmował pieniądze od męża – ja w dalszym ciągu nie kontaktowałam się z nim. Szczytem wszystkiego była przyniesiona do nas przepustka do GG. Zrobiłam wielką awanturę mężowi, a ten dla mojego spokoju powiedział, że wyrobił mu ją E. Erbe właściciel fabryki, w której pracował, gdyż ma remontować i rozbudowywać jego majątek w Zdowie. W tym czasie towarzysze z Klucz dawali nam znać, że bardzo chcieliby się widzieć z mężem w celu utworzenia organizacji. Na wspomnianą przepustkę mąż był w Kluczach, nocował u swojego przyrodniego brata Wieśka Biernta. Po tym był w Zedermanie, swojej wsi rodzinnej, a ostatnim jego etapem były Słomniki. Podróż odbył w towarzystwie Pacieja.

Ze swej strony zawiadomiłam o tej podróży brata męża Kazimierza Stacha i podałam rysopis Pacieja. Kazik wiedział, że nie robię paniki o byle co. Postarał się przez pracowników z Zedermana, zatrudnionych u Fitznera i Gampera, dać znać do rodziny o tym przyjeździe. Chciałam, żeby go przy wódce zmusili do mówienia. Paciej był jednak bardzo ostrożny, każde słowo rozważnie wypowiadał, ale był bardzo rewolucyjny i patriotyczny.

Po przyjeździe z Zedermana mąż kazał mi schować przepustkę i stanowczo zabronił mi mówić na najbłahszy temat z Paciejem, nie przyjmować żadnych podarunków, a najważniejsze nie wpuszczać go na drugą stronę domu, gdzie mieszkał ojciec z matką, siostra Kamila z synkiem. Do ojca bowiem często przychodzili brat – „Świder”, Anna Groja ze swymi dziećmi, Helena i Maria Micułówny oraz inni towarzysze.

W tym czasie otrzymaliśmy odpowiedź z organizacji częstochowskiej, że „Kasię” po kilku dniach wypuścili. Znaleźli przy niej dużo artykułów galanteryjnych. Męczyli ją, gdzie to nabyła. Odpowiadała, że na ulicy od nieznajomego i chciała to zawieźć do domu na własny użytek, ale przypadkowo wpadła i dlatego nie odjechała do Częstochowy. Wiadomość potwierdził nasz towarzysz, który był stróżem w budynku Schupo i on to wnikliwie zbadał. „Kasię” uważano za „czystą”, ale przenieśli ją do pracy na inny odcinek. „Kasia” po raz drugi wpadła podobno też na granicy porajskiej. Siedziała w gestapo w Zawierciu w sierpniu 1944 r. Bardzo ją bito i katowano – naoczny świadek z Zawiercia (M. Brodzik), twierdził, że nic nie powiedziała i do niczego się nie przyznała. Została wywieziona do obozu w Oświęcimiu, gdzie zmarła.

Przerwanie kontaktów z Paciejem nastąpiło na skutek przywiezienia przeze mnie wiadomości, że kolejarz z Piotrkowa, który przewoził nam prasę warszawską, został aresztowany i było to zaraz po odebraniu od niego przywiezionej przesyłki. Nasza organizacja w Piotrkowie zrobiła rozpoznanie i stwierdziła, że człowiek obecny przy aresztowaniu odpowiadał podanemu przez nas rysopisowi Pacieja. Kolejarza aresztowali wraz z żoną i dziećmi. W tym okresie Paciej zostaje portierem w Cementowni „Wysoka”. Przez zmianę pracy gestapo chce uśpić naszą czujność, abyśmy nie zaprzestali kontaktowania się z Paciejem.

We wrześniu i listopadzie 1943 r. były u nas duże aresztowania. Ponad 150 osób z organizacji konspiracyjnych wpadło w łapy gestapo. Oskarżycielem naszej grupy był Paciej, okazało się to w trakcie konfrontacji – na gestapo, w której uczestniczyli: mój mąż Stanisław Stach, Bronisław Stefan Micuła, ja i wielu innych, których spotkał w naszej organizacji. Zdradził nas za 100 RM za głowę i 1/2 litra wódki. Należność wypłaciło mu gestapo opolskie.

Moje zeznania na temat pracy Pacieja i zapłaty w niektórych wypadkach różnią się od stwierdzeń mojego brata „Twardego”. Ale mnie to mówił gestapowiec Rudolf Schneider w czasie śledztwa w obecności Pacieja. Sądzę, że nie stanowi to specjalnej różnicy, gdyż to usłyszałam kilka miesięcy wcześniej, niż zdobyte zostały dokumenty przez „Twardego”. W jednym się zgadzamy – Paciej był konfidentem gestapo o szerokim zasięgu na terenie Rzeszy i GG. W czerwcu 1944 r. oddział partyzancki „Twardego” podczas akcji przeciwko konfidentom schwytał czterech agentów gestapo, w tym Pacieja, który miał przy sobie legitymację współpracownika gestapo. W czasie śledztwa przeprowadzonego przez „Twardego” przyznał się, że był na usługach gestapo od chwili aresztowania go w Częstochowie.

Niepowodzenia Niemców na froncie wschodnim umacniały nasze przekonania, że nadszedł czas zwiększenia sabotażu. Te zaczęły się zwiększać w warsztatach Luftwaffe, w fabryce pasty, w fabryce części do samolotów. Znów aresztowania, nie grupowe, ale pojedyncze. Organizacja musi niektórych „spalonych” działaczy przerzucać do Generalnego Gubernatorstwa, innych na Śląsk do pracy. I tak został przeniesiony do Bytomia, do pracy w parowozowni Stanisław Olszowy.

Z jego inicjatywy powstaje kilka „trójek” utworzonych z pracujących tam Polaków. Zdobywamy cenne wiadomości o ruchu pociągów wojskowych, powstają małe i duże sabotaże w parowozowni, uszkodzenia lokomotyw. Wszystko to opóźnia pracę dla frontu niemieckiego. W czerwcu 1941 r. stworzona została w Zawierciu dzielnica żydowska. Należały do niej ulice: Górnośląska, Porębska, Apteczna, Hoża, Stary Rynek, część Marszałkowskiej. Szpital dla Żydów został utworzony u rabina Rabinowicza na ul. Porębskiej. Synagoga mieściła się na ul. Marszałkowskiej u wylotu Hożej. Nie była już domem modlitwy, gdyż hitlerowcy dwa razy ją podpalali.

Żydzi szukali współpracy z naszym Komitetem. W tej sprawie zwrócił się do mojego męża Zygmunt Sobelman. W spotkaniu pośredniczył Stanisław Pęczkowski, kolega z gimnazjum Sobelmana. Już w październiku 1940 r. został nawiązany kontakt z tajną żydowską organizacją antyhitlerowską, powstałą na terenie Zawiercia. Przewodniczącym tego ruchu był Józef Sobelman – ojciec Zygmunta, sekretarzem Stanisław Lewkowicz. Ruch ten rekrutował się z inteligencji żydowskiej i młodzieży syjonistycznej oraz lewicowej. W 1941 r. po ogłoszeniu zarządzenia o stworzeniu dzielnicy żydowskiej członkowie tego ruchu naciskali naszą organizację o ponowne spotkanie i współpracę. Na spotkaniu organizacja nasza postawiła warunek, że aby ułatwić działanie, przedstawiciele ich będą się składać z pracowników zakładów „Luftwaffe”. Zakłady „Luftwaffe” powstały w 1941 r. Od początku zatrudniały około 4000 Żydów, z których większa część otrzymała „lewe” zaświadczenia lub karty rzemieślnicze
o zdobytym zawodzie krawieckim, kuśnierskim, szewskim. Chroniły ich one do 25 sierpnia, to jest do chwili likwidacji getta.

Przedstawicielami naszej organizacji byli pracownicy TAZ Stanisław Wencel (ojciec), Ludwika Stach i Stanisław Pęczkowski. Organizacja nasza nie planowała dużego rozmachu w tej pracy konspiracyjnej i dlatego ograniczyła się do następujących wspólnych ustaleń.
•    Współpraca z wywiadem żydowskim, który miał dojście do gestapo i omawianie przygotowań do zbrojnego powstania.
•    Zorganizowanie sabotażu w pracy (wadliwe wykonanie futer, które miały służyć na froncie wschodnim i systematycznej kradzieży obuwia wojskowego, które zostanie dostarczone ludności polskiej i żydowskiej.
•    Zorganizowanie podsłuchu na linii telefonicznej łączącej szefa Feldbekleidungsamt Luftwaffe Breslau, Dienstelle Wartenenau, płk Follera z Berlinem. Wszystkie rozmowy dotyczące ruchu dostaw i odbioru odzieży oraz innych wiadomości wojskowych były podsłuchiwane. Było to bardzo cenne dla naszej organizacji. Od maszynistek odbierane były z maszynopisowni i kancelarii wszystkie kalki przychodzącej i wychodzącej korespondencji, dotyczącej spraw wojskowych i ludności miasta Zawiercia. Bezpośrednio przekazywali nam zdobyte materiały Halina i Stanisław Lewkowiczowie.

Naszymi wywiadowcami na terenie getta byli Genowefa Janoskowa i Henryk Major. Pracowali oni poza organizacją żydowską. Nie byli stałymi obserwatorami, lecz wywiad przeprowadzali, gdy potrzebny nam był materiał o ogólnej polityce niemieckiej w Zawierciu.

W maju 1942 r. mój mąż dostał sygnał od Żydów pracujących u E. Erbego, że szykuje się większe wysiedlenie z getta. Za kilka dni poruszenie olbrzymie, gdyż zjechało gestapo z Katowic, które otworzyło bramę getta. Żydów pognali na rynek, na którym byli już Żydzi z okolic Zawiercia, Bytomia, Tarnowskich Gór, Bogucic, a nawet z Zaolzia. Było ich – według relacji tych, którzy przeżyli – 6400. Po selekcji wywieziono 1600 osób do Oświęcimia, większość to kobiety, starcy i dzieci. Dużo zamordowano na miejscu. W domach były rabunki, gwałty.

Wszystko to obserwowaliśmy z okien biura, które wychodziły na tory bocznicy kolejowej, niektóre na getto. Ogarniała nas groza, rozpacz i bezsilność. Na drugi dzień na rampie kolejowej TAZ pracownicy tej firmy ze Stanisławem Pęczkowskim wykradli z wagonów większą grupę Żydów. Między innymi przedwojennego majstra blichu Samuela Weitzena. Ludzi tych ukryto w piwnicach, kanałach, biurkach, szafach. W akcji tej brał udział obok Pęczkowskiego, mój ojciec. Samuel Weitzen był ich przyjacielem i wieloletnim współpracownikiem oddziału drukarni TAZ.
Po tej akcji gestapo zawierciańskie zaczęło przeglądać domy, robić rewizje, poszukując ukrytych uciekinierów z Nowego Rynku i getta. Akcja ta trwała prawie 2 miesiące. To malała, to znów przybierała na sile. Zabezpieczyliśmy wszystkie nasze dokumenty, a pracę przenieśliśmy na wieś.

Mąż, pod pretekstem zdrowia naszej córeczki, wysłał mnie do Włodowic. Zamieszkałam u Kazimiery Opydo, akuszerki, byłam tam 2 tygodnie. W tym czasie wraz z mężem nawiązaliśmy kontakt ze wsiami: Góra Włodowska, Kotowice i najbardziej potrzebną, słynącą przed wojną z dużej odwagi – Jaworznik. Wieś tę, jak i jej okolice, szykowaliśmy do ewentualnych zrzutów samolotowych. W sprawach tych pomógł nam krewny Aleksego Bienia, który był sztygarem w kopalni Rudniki. Z jednym z gospodarzy skontaktowaliśmy towarzyszy z Krakowa i ci tą drogą przesyłali nam pocztę, wiadomości, a najważniejsze – przychodzili tu ludzie naszej organizacji.
W sierpniu przybywa do nas „Teodor” – Adam Rysiewicz, który zlecił nam opracowanie matrycy na kartki żywnościowe dla ludności polskiej, żydowskiej, niemieckiej. Zabrał od nas wydrukowane karty tożsamości obowiązujące w GG. „Teodor” zabronił nam uczestniczenia w takich akcjach, jaka miała miejsce w maju 1942 r. podczas selekcji Żydów przez gestapo. W getcie zostawiliśmy teraz tylko jednego naszego łącznika – Henryka Majora. Praca ta była dla niego coraz bardziej niebezpieczna i w październiku 1942 r. zlikwidowaliśmy ją ze względu na zagrożenie dla tak cennego członka naszej organizacji, jak Henryk Major.

Praca konspiracyjna była niespokojna, czasami rwała się. Byliśmy dodatkowo niespokojni, gdyż gestapo szukało mojego brata Stanisława Wencla. Do gestapo wezwali Przewodniczącego Gminy Żydowskiej i przedstawili propozycje, że jak pomogą gestapo wykryć tego, co rozbija posterunki i napada na policję granatową, to wobec Żydów nie zostanie zastosowana żadna kontrybucja i dostaną więcej żywności. Stanisław Buchner zaraz dał nam znać przez Żydów pracujących w TAZ, że oni wiedzą, że to chodzi o Stanisława Wencla „Świder”. Na trzeci dzień zostały wywieszone ogłoszenia, że dają 5000 RM za wskazanie miejsca, gdzie się on ukrywa. Mimo tych i innych prób, brat mój, dowódca oddziału dywersyjnego, a następnie partyzanckiego, nigdy nie wpadł w łapy gestapo.

Pracą całego getta kierował Prezes Rady Starszych Gminy Żydowskiej, Ignacy Buchner. Został on aresztowany z całą rodziną: żoną, matką, córkami, siostrami i szwagierkami. Aresztowanie nastąpiło, gdyż nie sporządził listy Żydów nieprodukcyjnych, co poleciło mu gestapo. Całą rodzinę przewieźli do obozu oświęcimskiego i tam wszyscy trafili do krematorium.

Po tym wypadku gestapo dokonało na rynku selekcji bez Rady Starszych. Nasza współpraca z organizacją żydowską zacieśniała się po likwidacji powstania w getcie warszawskim, AK z Warszawy przekazało do nas pewną ilość bojowników powstania, którzy znaleźli schronienie w getcie zawierciańskim. Żydów odebrał Herzber (ojciec), a cała rodzina zajęła się przygotowaniem dokumentów, odzieży, wyżywienia i zatrudnienia w „Luftwaffe”. Z 24 na 25 sierpnia 1943 r. zlikwidowane zostało getto zawierciańskie. Akcją zajmowali się gestapowcy Rotter, Ocylok, Schneider oraz wszystkie posterunki Schutzpolizei. Pozostawili tylko 100 Żydów jako koniecznie potrzebnych w Feldbekleidungsamt Luftwaffe in Breslau Oddział w Zawierciu.

W tym czasie z getta dostarczono nam do domu bardzo cenny materiał, który został przekazany specjalnemu kurierowi z Warszawy. Miał go on dostarczyć do Komendy Głównej Armii Krajowej. Materiał zawierał dokładne spisy zrabowanych przez gestapo dóbr materialnych i kulturowych. Między innymi przekazano dziennik prowadzony przez Ignacego Buchnera, Przewodniczącego Rady Starszych. Miał on formę stałej kroniki, która była żywym świadectwem zbrodni hitlerowskiej na Żydach miasta i powiatu Zawiercie. Materiały zostały dostarczone, aby pozostały wiarygodne dane dla tych, którzy wojnę przeżyją. Zostały również dostarczone dokładne personalia zawierciańskiego gestapo – fotografie, ze szczególnymi opisami zbrodni popełnionych w powiecie zawierciańskim. Wywiad organizacji żydowskiej, który zdobył te materiały, współpracował z naszą organizacją w okresie istnienia getta, pomagając m.in. w rozpracowaniu niemieckich konfidentów.

Jako pierwszego rozszyfrowano podejrzanego Oskara Hassenrücka – dane dostaliśmy od nich w marcu 1942 r. Był on obywatelem niemieckim, któremu gestapo zostawiło żonę Żydówkę, nie zmuszając jej do zamieszkania w dzielnicy żydowskiej. Powstało pytanie, czym opłaca się gestapo. Okazało się, że wyjątkowo przebiegły i chytry Hassenrück rozpracowywał na ich polecenie Żydów bogatych, komunistów oraz Polaków podejrzanych o pracę w konspiracji. Wszystkie akta i sporządzone wywiady dotyczące Hassenrücka zostały przez nas dostarczone do kierownictwa Okręgu PPS-WRN, które postanowiło o likwidacji konfidenta.

W czerwcu 1942 r. nastąpiła pierwsza próba jego likwidacji. Do wykonania wyroku zostali skierowani Teodor Wolski, członek organizacji myszkowskiej, towarzysz z Czarnej Strugi, towarzysz przysłany przez Okręg Kraków i ja, która miałam ich zaprowadzić na miejsce akcji, tj. Masłońskie, drogą do fabryczki tektury i papy (Hassenrück był tam księgowym, miał drugi etat).

Przywozili i odwozili go końmi fabrycznymi. Według mojego rozpoznania powinien wracać o 17.30, a najpóźniej o godz. 18.00. Czekaliśmy w zarośniętym rowie. O godz. 17.00 dał się słyszeć tętent koni. Przygotowani wyskoczyliśmy z rowu. W ostatniej chwili krzyknęłam, że w powozie nie ma Hassenrücka. Był woźnica i urzędnik Polak. Konie wyprzęgliśmy. Zostały przywiązane o 50 metrów dalej. Mężczyźni, choć wiedzieliśmy, że są to uczciwi ludzie, zostali związani i zakneblowani. Przed tym opowiedzieli nam, że Hassenrück dziś nie przyjechał, gdyż szykuje się obława na granicy Poraja na handlarzy i przemytników. Robi ją częstochowska żandarmeria wspólnie z granatową policją. Kazali nam uciekać w stronę dworca w Poraju i przedostać się od tyłu na stronę Rzeszy i dopiero wsiąść do pociągu (dworzec w Poraju był podzielony na połowy – jedna należała do Rzeszy, druga do GG).

Gdy tylko odskoczyliśmy od pracowników fabryki papy, słychać dało się szczekanie psów, krzyki, a nawet strzały. Nagonka szła na nas. Na chwilę się zatrzymała i znów ruszyła. Zorientowaliśmy się, że musiała rozciągnąć się na szerszy obszar. Ujadanie psów było słychać dalej. Dobrnęliśmy na tyły dworca kolejowego. Chwilę musieliśmy odpocząć, oczyścić się z poszycia leśnego. W tym czasie nadjechał pociąg osobowy do Częstochowy, stał chwilę, odjechał, a ludzi zatrzymała Schutzpolizei. Wiedzieliśmy, że nagonka trwa dalej. Rewizja ludzi odbyła się szybko, a my byliśmy niezdecydowani, co robić. Towarzysz z Czarnej Strugi i Teodor Wolski zmieszali się z grupką ludzi, których przepuścili przez bramę dworcową. Towarzysz z Krakowa i ja postanowiliśmy czekać na pociąg Częstochowa – Zawiercie. Kiedy weszliśmy na peron, a było to prawie w ostatniej chwili, doszedł do mnie Roman Rutkowski – syn przedwojennego oficera, który siedział w obozie jenieckim w Niemczech. Nie dopuściłam do pytań, sama zarzucając go pytaniami: Co tu robi? Dlaczego nie jest w pracy? Wiedziałam, że ma drugą zmianę, a najważniejsze, czy się nie boi, bo jest obława na szmuglerzy? Powiedział mi, że jest w tej samej sytuacji co ja i że może pomóc mojemu współtowarzyszowi.

Odpowiedziałam mu, że nie jestem w towarzystwie i sądzę, że wrócimy do domu razem. Chwilę niepewności, ale w tym momencie jeden z gestapowców, którzy siedzieli w biurze, wychylił się z okna i krzyknął: „Romek, ty tu, chodź zaraz, bo nie załatwiłeś sprawy”. Mój towarzysz, który słyszał wszystko, bez słowa przeszedł na drugą stronę. Na peron wtoczył się pociąg towarowy, widziałam, jak w biegu wskoczył do uchylonych drzwi parowozu. Maszynista stał w nich i patrzył w dal. Byłam pewna, że tych dwóch nie zna się, ale ucieszyłam się z tego niemego porozumienia. Za tydzień mąż mi powiedział, że wrócił szczęśliwie do Krakowa.

Sprawa Rutkowskiego stanęła do rozpracowania jako pierwsza. W trakcie akcji dowiedziałam się, że grupa młodzieży, która do nas przystąpiła, zwerbowała i jego, że jest naszym członkiem. Nie miał jednak jeszcze przydziału i nie został zaprzysiężony. Zarządzono całkowitą separację od naszej organizacji, a Romuald Dyja, który był jego kolegą gimnazjalnym, podzielił jego los (był wprowadzającym).

Zwróciliśmy się też do wywiadu organizacji żydowskiej, aby rozpracowali Rutkowskiego, który wiecznie plątał się między młodzieżą żydowską z getta. Było to po tym, kiedy pobili go dotkliwie bracia młodego chłopca złapanego przez Niemców w trakcie przekraczania granicy. Chłopiec szedł do rodziny po żywność.

Wywiad żydowski poinformował nas, że Rutkowski jest takim „wszarzem”, a nie konfidentem, że policja ani gestapo nie będą szukały, kto go pobił. Sprawa ucichła. Mimo to intensywnie śledziliśmy życie Rutkowskiego.

W styczniu 1943 r. zostają aresztowani nasi kolporterzy Władysław i Zbigniew Słabiakowie, synowie nauczycieli, siostrzeńcy por. Józefa Mazurka ps. „Kostek”, dowódcy pułku zawierciańskiego GL PPS-WRN. To on wciągnął ich do naszej organizacji. Oni zaś swoich rówieśników.

Kolportażem zajmowali się u nas bardzo zaufani członkowie organizacji, żeby prasa nie wpadała w niepowołane ręce. Bracia robili to kilka miesięcy bardzo dobrze. Prasę dostarczali ściśle według wskazówek. Zostali aresztowani przypadkowo. Mieszkali na ul. Zaparkowej w domu swojej babki Mazurkowej wraz z J. Mazurkiem. Dzielnicowi żandarmi robili przegląd ulic zaśnieżonych i dopatrzyli się, że odcinek domu Mazurków jest niedostatecznie oczyszczony. Furtka nie była zamknięta, ale Słabiakowie nie zamknęli też drzwi wejściowych od ganku.

Zbigniew i Władysław przynieśli właśnie z punktu rozdziału prasy nowy nakład i poczęli segregować go w paczki na powiat, gdyż mieli przyjść po nie Zbigniew Kołaczkowski, Henryk Sas, Michał Kusiński. Słysząc gwałtowne kołatanie do drzwi kuchennych, cały nakład wrzucili pod łóżko i do łóżka. Wpuścili do mieszkania zdenerwowanych żandarmów, którzy zaczęli przerzucać mieszkanie i znaleźli prasę. Bracia aresztowani zostali od razu i przewiezieni do gestapo. Chłopcy przez całe śledztwo nie wydali punktu, z którego dostali prasę, a dostarczył ją Stanisław Wencel (junior).

Gestapo domyślało się, że organizacja nasza będzie chciała odbić aresztowanych i dlatego rozpuszczało pogłoski, że zabije ich na cmentarzu.

Po kilku dniach, późnym popołudniem, rzeczywiście zostali przewiezieni na cmentarz i kazano im kopać grób. Starszy Władysław był nie tylko silniejszy, odważniejszy, ale zawsze był zbuntowany. Mieliśmy czasami kłopoty z jego ryzykanctwem. Pomysły jego w pracy konspiracyjnej były bardzo dobre, lecz zawsze za śmiałe. Niemniej wykorzystywaliśmy je w całości lub częściowo, zaraz lub w późniejszym terminie. Władysław zorientował się, że gestapo będzie chciało wykorzystać Zbigniewa, gdyż obchodzili się z nim łagodniej. Miał rację – gdy dół był wykopany Rudolf Schneider podał rewolwer Zbigniewowi i kazał zabić brata.

Zbigniew ani drgnął. Schneider krzyczał i zmuszał go do tego. Tę sytuację wykorzystał Władysław – skoczył do ucieczki. Dopadł muru cmentarnego i tam trafiła go kula z ognia otwartego przez gestapowców. Zbigniewa po kilku dniach przewieźli do więzienia w Opolu i stamtąd we wrześniu na Blok 11 do Oświęcimia.

Równocześnie ze sprawą Słabiaków była prowadzona przez gestapo sprawa braci Ciszków, Tadeusza i Romualda. Po aresztowaniu Słabiaków aresztowany został Tadeusz Ciszek, który uciekł z gestapo i ukrywał się. Potem przejęła go dywersja i do końca wojny był w grupie „Twardego” pod ps. „Emir”. Romuald Ciszek został aresztowany wraz z nami 5 września 1943 r. Po bardzo ciężkim śledztwie przeżył Oświęcim i inne obozy.

W lutym 1943 r. nasza „trójka specjalna” ustaliła, że po aresztowaniu braci Słabiaków, koło pozostałych młodych kolporterów intensywnie kręcą się Rutkowski i Michał Wolski. Wolski był kolegą wszystkich młodych konspiratorów, którzy wstąpili do nas wraz ze Słabiakami.

Zameldowaliśmy o tym Janowi Kurkowi, który polecił, by zakomunikować Rutkowskiemu, że po wpadce Słabiaków organizacja rozwiązuje się w obawie przed wsypą. Od tego momentu zaprzestaliśmy przyjmować młodzież do organizacji. Wolski okazał się małym agentem niemieckim, o którym zebrałam wyczerpujący materiał i przekazałam go „Twardemu”. W 1944 r. agent ten, obok innych, skazany został na karę śmierci.

W czerwcu 1943 r. przyjechał do nas „Teodor”, od którego dowiedzieliśmy się, że w Głównej Komendzie AK gestapo przeprowadza aresztowania, a według wielu towarzyszy warszawskich i krakowskich w Głównej Komendzie tkwi agent. W związku z tym, że PPS-WRN związała swoje losy z losami AK, musimy się dowiedzieć, co oni mają już rozpracowane i z jakiego terenu. Według posiadanych danych, rozpracowane akta PPS i AK są na terenie Myszkowa i znajdują się w nowo postawionych barakach przy szosie do Koziegłów. Towarzysze z myszkowskiej organizacji zrobili wywiad i M. Stelmach dał znać, że do tych baraków, a były dwa, około dwóch tygodni temu przyjechały auta esesmańskie, a w nich funkcjonariusze z gestapo, Waffen SS oraz Wehrmachtu i wyładowywali z jednego auta wojskowego skrzynki.

Sprawa została omówiona z „Teodorem”. Jeśli będziemy już pewni, że akta są i skąd one zostały przywiezione, damy znać do Klucz, a stamtąd towarzysze dadzą znać do Krakowa. Sprawa trwała około 10 dni i wywiadowcy stwierdzili, że dokumenty zostały przywiezione z Warszawy i mają być odesłane do Radomia lub Kielc, że są bardzo silnie strzeżone i że z nimi jest jeden więzień. Wtedy Teodor Wolski, Stanisław Stach i Stanisław Nowak podeszli bardzo blisko, obejrzeli baraki i ich zabezpieczenie, zorientowali się po oknach, jakie są pomieszczenia i o tym wszystkim dali znać przez organizację w Kluczach do Krakowa. Przyjechał „Teodor” w towarzystwie mężczyzny, którego tytułował „panie rotmistrzu”, omówili z moim mężem – „Larwa I” – jeszcze raz cały przebieg akcji.

Wieczorem zabrali mnie i pociągiem pojechaliśmy do Myszkowa. Ze stacji ruszyliśmy w stronę Koziegłów. Nie było daleko. Mnie posadzili po drugiej stronie rowu w krzakach i kazali obserwować. Gdyby wpadli, miałam powiadomić ojca i L. Tajchmana. Akcja się nie udała.

Tych dokumentów w barakach pilnowali esesmani i wytresowane psy. Nasi weszli z bronią w ręku na podwórze od tyłu, przecinając siatkę w ogrodzeniu. Psy podpuściły ich na kilka kroków, ale dalej zaczęły warczeć i denerwować się. Rotmistrz uskoczył na tyły baraku i tam zrobił oględziny na ile mu pozwolił zmrok i zasiatkowane okna. „Teodor” i „Larwa I” zaczęli się wycofywać tą samą drogą i zniknęli za siatką. Szybko uciekli w las. „Rotmistrz” został w rowie. Z baraku wyszedł gestapowiec, zawołał psy i wpuścił je do pomieszczenia. W oknach pojawiły się czarne rolety i zabłysło światło, które widać było przez szczeliny.

Po dobrej godzinie „Rotmistrz” rowami, wychodząc pod tą samą zerwaną siatką, dotarł do czekającej ze mną dwójki. Idąc przez las, „Teodor” i „Rotmistrz” stwierdzili, że tym razem uszli z życiem, a taką akcję powinna wykonać jedna z grup dywersyjnych z ich udziałem (podobno była taka akcja, ale już po naszym aresztowaniu). Po wojnie, kiedy dopytywałam się o tę akcję, Franciszek Wilk opowiadał mi, że była i pociągnęła za sobą straty. Były aresztowania. Dokumenty dotyczyły członków AK w Warszawie, Kielcach, Radomiu, Krakowie i Katowicach.

W lipcu 1943 r. w Centurii zorganizowaliśmy koncentrację żołnierzy GL PPS-WRN należących do Zawiercia i powiatu. Akcję prowadził por. J. Mazurek, który dobrał sobie sztab ludzi, zliczających w różnych punktach okręgu. Po dodaniu członków w fabryce, robotach publicznych, urzędach wraz z Ogrodzieńcem, Porębą, Mrzygłodem, Marciszowem, Blanowicami, Kromołowem (większe skupiska) okazało się, że nasz obwód liczył około 4000 ludzi. Po tym zwołane zostało zebranie Komitetu Obwodowego, na którym był inż. C. Uthke. Zebranie odbyło się w mieszkaniu J. Mazurka.

5 września gestapo dokonało licznych aresztowań w Zawierciu, Łazach, Wysokiej i Rokitnie Szlacheckim. Aresztowano 117 osób, w tym 7 kobiet. Po raz pierwszy aresztowania dotknęły także tak dotkliwie naszą organizację. W rękach gestapo znaleźli się: Stanisław Stach – zastępca przewodniczącego Obwodu zawierciańskiego PPS-WRN, Bronisław Stefan Micuła, Piotr Wierzbicki, Stanisław Olszowy, Ludwika Stach oraz kolporterzy – Elżbieta i Henryk Sas, Romuald Dyja, Zbigniew Kołaczkowski, Romuald Ciszak, Wacław Marszałek, Józef Gawroński, Kazimierz Jagielak (ojciec), Kazimierz Jagielak (syn) i radiotelegrafista Józef Micka.

Kolejne duże aresztowanie nastąpiło 10 listopada 1943 r., które objęło 67 osób, wśród nich znaleźli się towarzysze z naszego Komitetu – Stanisław Nowak, Ignacy Nowak i Wojciech Napora.

Bardzo bolesne dla organizacji i dla mnie były aresztowania w sierpniu 1943. Gestapo aresztowało wówczas grupę starych działaczy PPS spełniających ważną rolę w kierownictwie Obwodu – Jana Kurka – przewodniczącego Komitetu, mego ojca Stanisława Wencla, Bronisława Micułę i Bronisława Rogonia. Aresztowani także zostali Anna Groja – moja siostra i Józef Mazurek dowódca zawierciańskiego pułku GL PPS-WRN.

Nas, aresztowanych 5 września 1943 r., wkrótce zawieźli do obozu oświęcimskiego do Bloku 11. Tu byłam do 15 października 1943. Przez te kilkadziesiąt dni wiecznie mnie o coś pytali i za coś bili. Czy pracowałam w tajnej organizacji? Kto to jest „Świder”? Czy to mój brat Stanisław Wencel? Kto to jest Stanisław Pęczkowski? I czy należy do organizacji? Gdzie są moje siostry? Dlaczego ojciec nie podpisał volkslisty, jak jakaś tam moja stryjeczna rodzina? Co robiłam w Porębie, Włodowicach, Marciszowie i Mrzygłodzie, Myszkowie i Poraju, Łazach i Ogrodzieńcu, Sosnowcu, Będzinie? Dlaczego nie lubiłam Pacieja? Dlaczego pomagałam i chodziłam do Henryka Kozła? Dlaczego wszystkiego się wypieram, gdy mają tu raporty swoich agentów – Władysława Bryły, Stanisława Dachowskiego, Zofii Broda-Rachtanowej, Oskara Hassenrücka, Władysława Pacieja. I tak przez kilka godzin jedno i to samo, a przy tym bicie.

Pewnego dnia, kiedy rozpoczął się „taniec” od początku, dowiedziałam się, że wiedzą wszystko, gdyż aresztowany w Krakowie nasz tow. Rembowski z Sosnowca opowiedział im wszystko o naszej całej rodzinie, moim mężu, o działalności rodziców, naszej działalności przed wojną i wojennej. Gdy wróciłam do Bloku, prosiłam bardzo blokowego, Janusza czy Mietka, nie pamiętam imienia, żebym mogła się widzieć na kilka sekund z mężem. Wieczorem wywołał mnie Jakub (wówczas nie wiedziałam, że jest katem obozu). Prowadząc mnie do sali zabiegowej, oświadczył, że jak wydam ich, to mnie i męża udusi własnymi rękami.

Mąż potwierdził mi wszystkie moje niepewności. Dodał, że Stefan Micuła został sprzedany przez Pacieja jak i my, ale sypnięty też przez „Józefa”, nie pamiętam nazwiska, zajmującego się w Czeladzi rozprowadzaniem kartek między naszymi towarzyszami. Na pożegnanie mąż powiedział mi: „Jak możesz i umiesz trzymaj się mocno, jak do tej pory. Śledztwo wiecznie trwać nie będzie. Zapomnij nazwiska i cyfry, zapomnij, jak się nazywasz, a wygrasz los na loterii życia”.

W 11 Bloku urządzono konfrontację z każdym z aresztowanych, którzy należeli do młodzieżowej sekcji kolporterów: Zbigniewem Słabiakiem, Romualdem Ciszkiem, Henrykiem Sasem, z kierownikiem sekcji gospodarczej Bronisławem Micułą, Zbigniewem Kołaczkowskim zastępcą Stefana Micuły (w potocznej mowie nie używaliśmy dwóch imion i dla odróżnienia od ojca Bronisława mówiliśmy Stefan), z Rutkowskim, Dyją i towarzyszami z Łaz Alicją Oblamską (miała 17 lat), Driańskimi, Stanisławem Olszowym. Każdy z nich zaprzeczał, że ze mną współpracował prócz Rutkowskiego. Byli bici po twarzy i straszeni zastrzeleniem, kopani, ale żaden nic nie powiedział. Patrząc na to, nie miałabym urazy, gdyby nie wytrzymali i wydali mnie. Słabiak robił wrażenie człowieka cierpiącego na zanik pamięci, jakiś dziwny wyraz otępienia był w jego twarzy. Rutkowski natomiast palił gestapowskie papierosy i pił piwo podsuwane mu przez Schneidera. Czego on nie mówił? Że chodził ze mną na akcje. Zmyślał takie historie, o których nie miałam pojęcia, ale bałam się, że i inni towarzysze moi też się boją i dlatego nie wiedziałam, co robić. Myśli biegły mi po głowie i nie mogłam wymyślić, co robić, by przestał mówić. Siedział przede mną koło Schneidera. Ja stałam między nimi i wiedziałam, że nic nie pomoże mi zapieranie się i bohaterstwo poprzednich chłopców. Ten wybitnie mnie prowokował.

W tym momencie z bezsilności wpadałam w jakiś dziwny szał, łapałam go pod brodę za rozchełstaną koszulę i rzuciwszy go w tył z wyzwiskiem: „Ty świnio, zapomniałeś, że twój tatuś to oficer polski!” – uderzyłam go z całej siły w twarz. Na to wpadli do pokoju z przyległego gabinetu gestapowcy, którzy przesłuchiwali Annę Ładoń. Schneider stał spokojnie, a gdy Rutkowski pozbierał się, krótko rzekł: „Weźcie się za nią, jego na Blok 11 – mam dość”.

Dostałam solidne lanie, pękł mi obojczyk. W tym dniu kończyło się dla mnie śledztwo. Protokół, który podpisałam był w języku niemieckim, nie znałam go tak dobrze, żeby wszystko zrozumieć. Kazali mi podpisać chłopcy z 11 i mój mąż. Gdyby nie bohaterska postawa moich współtowarzyszy, na pewno bym nie żyła. Dzięki nim moje dziecko ma matkę. Dostawałam od dra St. Hendrowicza, który robił mi opatrunki, pastylki znieczulające, które łagodziły ból obojczyka, siedzenia, pleców i nóg, ale dawały mi tępotę umysłową. W końcu września Helena Płotnicka podała mi małą torebeczkę moich pastylek i rzekła: oszczędzaj teraz, w drodze jest nowy transport z Zawiercia. Mówiło się we wrześniu, a on przyszedł dopiero w listopadzie – cały miesiąc i 10 dni. Po 10 października ruch w Bloku panował nieopisany. Domyślałyśmy się wszystkiego najgorszego.

Przez czas pobytu w tym Bloku poznałyśmy egzekucje w łazience, pod ścianą śmierci, bicie, krzyki, wyrzucanie nas z sali na dziedziniec, gdzie kazano nam sprzątać zakrwawione ubrania, buty damskie, męskie i dziecinne. Wiedzieliśmy, że krzyki, które dochodzą z dołu, to więźniowie torturowani na słupkach lub w stojących bunkrach itd., itd.

Mąż siedział w celi na dole (w bunkrze), która wychodziła na szosę „do wolności” do miasta Oświęcimia. Wystukałam alfabetem Morse’a pytanie, czy nie wie, co się dzieje, gdyż w Bloku panuje wielki ruch. Odpowiedział mi, że szykują sale dla więźniów z Zawiercia i powiatu, bo transport ma przyjść w najbliższych dniach. Nazajutrz wyprowadzono nas na spacer. W oknach stali nasi najbliżsi. Z okna bunkra trzeciego po prawej stronie odezwał się głos mojego męża. Byłam zdziwiona, gdyż wczoraj rozmawiałam z nim w celi wychodzącej na druty. Powiedział mi, że go przenieśli, gdyż dziś przychodzi transport aresztowanych z Cieszyna, Oświęcimia, z więzienia z Opola, Radomia i Warszawy. Będą to więźniowie należący do AK i PPS-WRN. Potem przypomniał mi, że nasza córka ma 2 lata. „Pamiętaj, ja muszę dać głowę, ale Ty staraj się, żebyś przeżyła”. Pamiętałam o urodzinach córki pomimo bólu po przebytym śledztwie, ale nie wierzyłam już, że będzie mi dane przeżyć obozy i wrócić do dziecka.

Za kilka dni wezwali mnie na Politische Abteilung. Stałam bardzo długo przed budynkiem i czekałam na swoją kolejkę. Już było po południu, kiedy wprowadzili mnie do pokoju przesłuchań i koło Rudolfa Schneidera i jeszcze dwóch nieznanych mi esesmanów siedział Paciej. Za mną wprowadzili kilku mężczyzn, widać było po ich wyglądzie, że przeszli śledztwo. Ustawili ich koło mnie, przypatrywał się im Paciej, a następnie padło pytanie do mnie, kogo znam z tej grupki mężczyzn? Domyśliłam się, że są aresztowani z tych miast, o których wspominał mi mąż. Odpowiedziałam zgodnie z prawdą, że żadnego nigdy nie widziałam na oczy.

Paciej wskazał na jednego z nich i widocznie wynik był dobry, gdyż innych wyprowadzili, a został wskazany. Paciej zaczął mówić, że człowiek ten jest z Radomia i że dla niego przekazywałam przesyłki z tajną prasą, korespondencję, wykazy lotnisk spadochronowych dla Anglików. Cokolwiek powiedział było kłamstwem, gdyż z Radomiem nie miałam nigdy w swojej konspiracji styczności, a Paciejowi nic nie przekazywałam. Pytali mnie, co ja na to – odpowiedziałam: nic, po prostu nic nie dawałam, a z tym człowiekiem nie miałam żadnego powiązania. Kazali mi dobrze się zastanowić do następnego przesłuchania. Ale takiego nie było już. Za kilka dni znów zostałam wywołana, stałam na placu Bloku 11. Długo stałam, aż wreszcie kazali mi wrócić na salę. Powtarzało się to kilka razy. Ostatni raz przeszło koło mnie znów kilkunastu mężczyzn, a potem i kilka kobiet. Wtenczas, kiedy wróciłam na salę, sięgnęłam po mój zapas pastylek. Łyknęłam je. Było ich osiemnaście. Byłam bardzo chora, pompowali mi żołądek.

Po 15 października 1943 r. zostałyśmy wszystkie więźniarki polityczne, oprócz p. Ireny Oblamskiej i Heleny Płotnickiej, przeprowadzone do Bloków 31 i 33 do Brzezinki. W Bloku 31 był już transport warszawianek, które wysłano z warszawskiego Pawiaka 5 października 1943 r. Były same osobistości świata inteligencji międzywojennej: Zofia Śliwińska (Zofia Kossak-Szczucka), dr Alina Tetmajer, Mieczysława Korompay, Maria Koźmińska, Józefa Thumowa z córką Jadwigą „Lalą”, Joanna Kunicka, Jadwiga „Dada” Szylling, Urszula Tomaszewska, Hanka Dragatówna, Jadwiga Tymek, dr Maria Werkenthin, Alina Pac-Pomernacka, Zofia Kraczkiewiczówna, doc. Łucja Charewiczowa, Jasia – zwana „Grzybkiem” – Hanicka, Maria Stadowska-Strońska, Wanda Lewandowska, Stanisława Kiesłowska, Inka Kłosowska, Irena Jelnicz-Skumin, Żabka Pfeferblum, Jaga Szymborska, Kazimiera Kaczyńska, Jasińska, Halina Wagner.

Patrzyłam na te twarze opanowane, uśmiechnięte, ubrane w pokraczne sukienki, które nosiły z gracją wielkich dam. To były „cugangi”, teraz my też jesteśmy „cugangami”. Potem spędzili nas na dół i poleciał zimny prysznic, potem gorący, błoto obryzgiwało nam nogi. Kilka minut i przegonili nas do sali, gdzie ustawiono pojedynczo, łapałyśmy nowe ubrania, buty, pasiaki, koszule, swetry, majtki, pończochy (bez gumy), wyglądałyśmy, jak przebierańcy, jedna dostała wszystko za małe, druga za duże, jak mogłyśmy, tak dokonałyśmy zamian i wygląd się poprawił.

Po obcięciu włosów nie poznawałyśmy się zupełnie, czasami towarzyszył temu śmiech, czasami przerażenie. Potem poznałyśmy kierownictwo Bloku: blokowa – Helena Dzikowska niski numer, ochrypnięta, z Krakowa lub Tarnowa, Schreiberka – Henryka Czaplowa z Zawiercia – drużynowa ZHP, nauczycielka z „Płomienia” (brat Zdzisław Brzozowski zginął w Wawrze), Vertreterka – Danuta Kluza, piękna dziewczyna z Dąbrowy Górniczej, Sztubowa zajmująca się brotkamerą – Zdzisia z Poznania, nazwiska nie pamiętam, Dina – Nachtwacha (Ukrainka). Z drugiej strony bloku zajmowała pokój Legeralteste – słynna Stefania „Stenia” Starostek – numer niski – z pierwszego transportu z Tarnowa. Potem mowa blokowej do nas, nowo przybyłych „cugangów”. Naszą piątkę to nie zdziwiło (dwie poszły na Blok 33) ten sam krzykliwy ton, te same groźby, co w Bloku 11.

Około 15 listopada 1943 r. szczepili nas w rewirze, a potem Blok 17 tyfusowy, a potem dwudziesty któryś – tam leżałam chora na zapalenie płuc i tam zobaczyłam to, czego nie spodziewałam się nigdy zobaczyć.

Prawa strona Bloku była zajęta przez chore Aryjki, lewa przez Żydówki. Selekcja spadła na nasz Blok niespodziewanie. Wybierali do gazu „muzułmanów” [tak w gwarze obozowej określano więźniów wycieńczonych fizycznie, których mordowano w pierwszej kolejności jako niezdatnych do pracy]. Zaczęli od lewej. Zapisywane numery tworzyły już pokaźny rząd. Stanęli przed koją na dole, na której leżały matka z córką. Dopiero przyszły do Bloku. Miały numery, które różniły się od siebie tylko o 1. Los padł na córkę, którą ta decyzja sparaliżowała, chciała prosić, błagać, ale nie mogła wykrztusić słowa, łapała oddech krótko i miała wykrzywione oczy i usta.

Spowodowało to wybuch śmiechu esesmanów i bicie jej po plecach bykowcem, co miało dopomóc wykrztuszeniu słowa. Gdy za esesmanami zamknęły się wrota Bloku, córka zaczęła błagać matkę, by coś zrobiła, że jest młodsza od niej o 30 lat, że chce żyć. Matka siedziała skulona i w pewnym momencie krzyknęła: „Ja też chcę żyć, boję się śmierci tak, jak i ty”. Za dwie godziny ustawili w rząd kobiety z zapisanymi numerami. Piękna osiemnastoletnia córka stanęła w nim, trzymając w ręce pajdkę chleba. Matka z koi wyciągnęła rękę, szarpnęła pajdkę córki i znów krzyknęła: „Daj mi, ty już nie będziesz potrzebowała”. Prawa strona Bloku skamieniała. Długo nie spałam tej nocy, patrzyłam na śpiącą matkę, a sen jej był lekko nerwowy, jak po wielkim przeżyciu, które skończyło się dla niej pomyślnie.

W drugiej połowie lutego 1944 r. zostałam przeniesiona do Bloku 7a. Byłam bardzo słaba, zupełnie głucha, owrzodziała. Na drugi dzień przyszła do mnie z rewiru p. Monika Galica, przyniosła pozdrowienia z Bloku 31 i kazała mi się zgłosić do pani Zofii Kossak-Szczuckiej. Poszłam tego dnia przed apelem wieczornym. Oznajmiła mi, że blokowa 7a wie, że ma dekować mnie co najmniej trzy tygodnie.

Koło 25 lutego dostałam od męża gryps. Przyniósł go szczupły, czarny, młody mężczyzna. Nowina była bardzo zła. W końcu lutego zjeżdża Sondergericht z Opola na Politische Abteilung do KL Auschwitz. Zaraz postarałam się o rozmowę z panią Zofią Kossak-Szczucką. Tę wiadomość potwierdziła. Pytałam ją, co można zrobić, bym nie stanęła przed sądem. Odpowiedziała mi, że ona wie, ale nie wie, czy lekarki tego się podejmą. Podjęły się. W rewirze zaaplikowano mi w pośladek mleko. Dostałam wysokiej temperatury i zostałam znów przetransportowana do Bloku 17, gdzie pracowała dr Nulka Tetmajer.

Pierwszego zastrzyku dokonała ona i dr Janina Węgierska. Esesmani przychodzili po mnie trzy dni. 29 lutego 1944 r. odbył się Sondergericht – z naszej organizacji zostali straceni: Stanisław Stach, Piotr Wierzbicki, Bronisław Stefan Micuła, Zbigniew Kołaczkowski, Zbigniew Słabiak, Romuald Dyja, Stanisława Olszowy. Po śmierci mojego męża przyszedł do mnie do bloku Kostek Jagiełło. Opowiedział mi, jak wydostał z Bloku 11 mojego męża i przekazał go do obozu do Birkenau do komanda Bauhof. Rozprawiali poważnie o ucieczce przez Oświęcim główny, kazał mi się zastanowić, czy ja bym się na to nie pisała.

Gdybym nie miała dziecka lub gdyby dziecko miało ojca – to tak, ale jest inaczej i nie mogę narażać swoich koleżanek, rodziców, rodziny i córeczki. Odpowiedziałam, że nie mogę tego zrobić i podałam powody. Był pogodny, ufny zwycięstwa, dużo wiedział o naszej organizacji na wolności, powiedział mi, że miałam wspaniałego męża i że za kilka dni postara się, żeby odwiedził mnie Franciszek Soczewica, ojciec chrzestny mojego męża. Przyszedł i przyniósł mi pasiak w ciemno granatowe pasy, czarny fartuch, czarne pantofle, pończochy i chustkę na głowę. Rzuciłam mu się na szyję. Nie było czasu i miejsca na dłuższe spotkanie, czekali na niego dachdeckerzy, mocno mnie znów ucałował, pogładził po twarzy, jak małą dziewczynkę, i powiedział: „Do widzenia na wolności”. Wróciłam. On nie. Poszedł w październiku tegoż roku transportem do innego obozu. Tam zmarł.

Ostatni pożegnalny list mojego męża do mnie kończył się słowami: „Ty musisz żyć. Ty musisz, na Ciebie czeka dziecko nasze, będziesz mu matką i ojcem”. Jak żyć w tych warunkach. Byłam taka słaba, nie mogłam podnieść nóg do góry. Wstrzyknięte mleko dało o sobie znać. Na pośladku zrobił mi się ogromny ropny odczyn. Jak żyć – nie wiedziałam, ale to dalszy termin, a teraz, jak chodzić, ropień zakażał następne miejsca mojego ciała, ręce i nogi. Bardzo dużo pomagała mi koleżanka z 7 Bloku, Henia Szylska z Końskich (siedziała za brata i narzeczonego działających w AK), ona to od dr Nulki Tetmajer przynosiła zioła, maści, bandaże lub starą odzież, którą rwałam na opaski. W rewirze wizyty u lekarza ułatwiała mi Monika Galica, żebym taki muzułman, nie wpadła w ręce lekarza niemieckiego.

Po miesiącu zostałam wysłana do komanda zajmującego się sadzeniem drzew za krematorium. Tam zobaczyłam zgrozę komór gazowych. Ciała w rowach, powykręcane nogi, ręce oberwane jak u lalek, zniekształcone twarze – okropny ich wyraz. W ten sposób umarł mój mąż. Wspaniały człowiek, wspaniały Polak, dobry mąż i ojciec.

Nasze komando leśne skończyło się i w końcu marca zostałyśmy w Bloku. Na lagrze panowała Lagerspere. Przyszła Lageralteste Stenia, zabrała 4 więźniarki i zaprowadziła do Bloku, który zawsze mnie ciekawił, Blok matek z dziećmi do dwóch lat. Matki tych dzieci nie chodziły do pracy, ale i nie wychodziły poza Blok, co się łączyło z tym, że nie mogły dla siebie zorganizować pożywienia. Dzieci żyły i chowały się dobrze dopóki wystarczała im mała ilość matczynego pokarmu. W miarę, jak rósł apetyt, a w piersiach matek nie stawało pokarmu, dzieci zaczynały się zmieniać. Buzie robiły się mniejsze, dziecko łkało, łkało, potem cichło i umierało. Ze ślicznego dziecka robił się staruszek z małą pomarszczoną buzią.

W Bloku tym była wydzielona część pomieszczenia na tak zwaną umywalnię, tam składano zwłoki dzieci z pomarszczonymi czółkami i ustami wykrzywionymi z bólu i głodu. Zupa mleczna, którą dostawały dzieci, była „chrzczona wodą”, raz w kuchni, bo kucharki organizowały, drugi raz w brotkamerze w Bloku. Dzieci tę zupę dostawały zimną. Matki grzały ją swoim ciałem.

Zjedzona taka zupa powodowała biegunkę i dzieci szybko marły. Małe trupki zabierane były przez Straflkomando, które obsługiwały w tym czasie dwie Niemki z czarnym winklem. Popychając wózek ze zwłokami wykrzykiwały zaśmiewając się „Kalbfleisch” – Cielęcina. Nigdy nie mogłam pozbyć się z pamięci tego widoku. Zawsze pytałam, a moja córka? Może tak samo gdzieś się męczy i powoli kona. Czekałam każdego listu, pocieszałam się na chwilę, że przecież pisze mi mama, że zdrowa i ładnie się rozwija, a potem znów niepewność i męka.

Pod koniec czerwca niebo, powietrze i nasze uszy rozdarł ryk syren. Ucieczka z obozu, naszego czy męskiego? Męskiego. Poszukiwania były i u nas, ale pobieżnie, natomiast cały wysiłek esesmani włożyli w teren Birkenau męskiego, lagru cygańskiego, czeskiego, B II B, B II C, i Krakenbau. Na drugi dzień spotkałam Monikę Galicę, która mi powiedziała na ucho: „Twój opiekun uciekł, przerzucimy cię na lager B do Bloku 15 Tam są komanda dużo cięższe, ale nie musisz stykać się z ludźmi, którzy z tobą go widzieli”. Na drugi dzień na apelu zostałam przetransportowana na lager roboczy B. Poszłam do komanda także 15, do robót polnych, potem do obwałowywania Wisły i Soły, do sadzenia drzew do połowy września, i potem znów na lager A do Bloku 31 – dziecięcego.

We wrześniu 1944 r. kierownictwo zaczęło się przygotowywać do likwidacji obozu. Wszystkie więźniarki polityczne zostały zebrane i osadzone na miejscach pracy w obozie. Przylepili nam ogromne czerwone koło na plecach sukienek. Dostałam miejsce w Bloku dziecięcym, w którym przebywały dzieci od 2 do 14 lat. Ale wtedy nie było dwuletnich, były od 4 lat. Przeważały dzieci żydowskie, które były potrzebne dr. Mengele do badań nad mnogością urodzin. Lubiłam dzieci zawsze, a w obozie szczególnie. W każdej dziewczynce widziałam swoją córkę.

Pewnego dnia ustawiłyśmy dzieci na poobiedni apel. Przed nasz Blok zajechały auta i w tym samym momencie do Bloku wkroczyli esesman. Odliczyli dzieci żydowskie i dostałyśmy rozkaz załadować dzieci na auta, które miały jechać z nimi do krematorium. Cztery Polki opiekunki dzieci – Henryka Szylska, Anna Ładoń, Anna Lipka i ja nie ruszyłyśmy z miejsca. Blokowa, Helena Dzikowska poganiała nas, przeraźliwie krzyczała Lageralteste Stenia Starostek. Nie było z naszej strony żadnej reakcji, na „głupie krowy, ku...” i inne epitety. Esesmani odsunęli nas na dalszy plan Bloku i sprowadzili blokowe i sztabowe żydowskie. Dzieci przerażone krzykiem czepiały się naszych rąk, nóg, starsze kryły się przed nami, szukając pomocy.

Funkcyjne Żydówki odrywały swoje rodaczki i zanosiły do aut. Zostałyśmy ukarane tygodniowym „sportem” na Lagerstrasse. Sport trwał dwa dni, gdyż przerywały im ciągłe naloty dokonywane przez lotnictwo radzieckie. Te dwa dni dało nam się też we znaki – miałyśmy odrapane nogi, ręce, skórę z brzucha i piersi, podartą odzież i ból po uderzeniach „bykowca” i od skakania „żabek”. Za kilka dni nasz Blok także został zlikwidowany i reszta dzieci poszła na lager cygański.

Byłam przez ten czas sobą. Miałam dzieci i opiekowałam się nimi jak swoimi. Co za błogie uczucie bać się o kogoś innego, bo wtedy wstępuje w człowieka energia, poczucie godności, jest się potrzebnym. Tak mi było dobrze, jak podnosiły głowy i swoimi starczymi oczyma uśmiechały się, jak im z przysłanej paczki dzieliłam jedzenie, jak małymi rączkami tuliły się do mnie w czasie apeli i nalotów samolotowych czy choroby. Jeżeli w obozie koncentracyjnym można być szczęśliwym, to te trzy miesiące byłam.

W listopadzie zostałam po likwidacji Brzezinek – obozu kobiecego – przeniesiona do obozu B II B, a w końcu grudnia 1944 r. do obozu kobiecego przy Głównym Oświęcimiu. Tu dostałam list od ojca. Był w KL Gross Rosen.

18 stycznia 1945 r. poszłam do transportu z kilkudziesięcioma tysiącami więźniów. Jak pochód z KL Oświęcim ruszył przez Brzeszcze, szłam koło chodnika. Ludzie wynosili nam ciepłą wodę, rzucali chleb – i bardzo płakali. Jedni esesmani nie pozwalali, inni nic nie mówili, jeżeli piątki po zachwianiu wracały do normalnego porządku. Wtem za Brzeszczami, ktoś mnie ciągnie za płaszcz. Spojrzałam w dół – O Boże mój, może czteroletnie dziecko. „Co z Tobą”? „Czocia Lucia ja z Tobą”. Zrozumiałam – dziecko mnie zna z Bloku dziecięcego i teraz uważa mnie za osobę, która się nim zainteresuje i zaopiekuje. No cóż, taki mój los. Może mojemu dziecku też ktoś pomoże – zawsze tak myślałam. Wzięłam jej rękę w swoją i tak doszłyśmy te 30 km do Pszczyny. Tam za porcję, którą dostałam w Bloku, kupiłam sanki do pchania i porządnie nakarmiłam dziecko. Usnęła spokojnie. Na tych sankach dojechała do Wodzisławia, tam je zostawiłam, gdyż nie pozwolono mi ich wtaszczyć do wagonu.

Przytulone do siebie jechałyśmy odkrytym wagonem do nieznanego obozu. W trzecim dniu miałam tylko kromkę chleba i jeszcze sporo cukru. Dawałam go Lubie po troszeczku ze śniegiem zgarniętym z brzegu lory węglarki. Ja zaspokajałam się tylko śniegiem. Pociąg zatrzymał się i po całym dniu wyszłyśmy najpierw za swoją potrzebą – wysadziłam dziecko. Miała zdrętwiałe nogi, boleśnie się krzywiła, ale nie płakała. Powoli wróciła do siebie i potem bystrym okiem spostrzegła, że mężczyźni z obozu buchenwaldzkiego rozmawiają z naszymi kobietami i coś im podają. Pobiegła tam i stanęła spokojnie, patrząc błagalnie. Więzień podał jej garnuszek zupy, a ona obejrzała się i rzekła: „Tam moja mama, daj jej też”. Więzień odpowiedział, że nie ma już więcej. Nie dał zupy, ale dał jej ciepły szalik, w który wtuliła zmarzniętą buzię. Zupę podzieliłam na dwa razy, kazałam jej jeść zaraz połowę, a drugą połowę dostała już w Bergen Belsen – drugim obozie śmierci.

Do Bergen Belsen przyjechałyśmy 22 lub 23 stycznia 1945 r. Nie jadłam już 3 dni i było mi dane jeszcze 6 dni nie jeść. Byłam prawie bosa, gdyż po wyładowaniu nas na rampie obozowej zagonili nas do łaźni i tam zgubiłam jeden but, został mi jeden, nie mój, dużo mniejszy i prawie wcisnęłam go na siłę, ledwie przyszłam pod Blok. W Bloku były już kobiety z wcześniejszych transportów i o dziwo, w baraku zmieściło się nas 1200, jedna koło drugiej, ułożone jak szproty w pudełku. Najgorsze były noce. Bezsenne. Jasne od niemieckiego morza (Północnego). Drgania od bombardowania. Warkot samolotów.

Rano zaczęłam oglądać się za butami. Ale nic z tego, nigdzie nie było. Tu organizacja jeszcze nie zakwitła. Około 12.00 „Stenia” – Lageralteste, i tu nią też była, wywołała na komando do rozładowania wagonów z transportów. Powlokłam się głodna i bosa. Nogę obwiązałam koszulą, którą ściągnęłam z siebie. Na rampie stał pociąg z wagonami, które były prawie hermetycznie zamknięte. Otworzyli je. Z otworów buchnął smród. Ciała ludzkie potoczyły się na ziemię, wypchnięte siłą tych, którzy stali w środku. Ktoś zapytał, skąd przyszedł ten transport? Z głębi wagonu odpowiedzieli, że z Gross Rosen. Oprzytomniałam, pierwszemu lepszemu trupowi ściągnęłam buty, wsadziłam na własne nogi i zaczęłam pomagać więźniom wychodzić z wagonów. Nie na wiele starczyło mi sił, odpoczywałam, znów wstawałam i szłam do następnych.

Szukałam ojca, mojego ojca, który do mnie napisał list na Boże Narodzenie. W wagonach zostawiano chleb, torebeczki cukru, margarynę, bony obozowe, marki niemieckie. Było nas osiem i tymi pozostawionymi darami esesmani pozwolili nam się podzielić. Obserwowałam moje towarzyszki, żadna nie rzuciła się na chleb, dopiero drobniutka Felisia Gawron, żona prawnika z Radomia, aresztowana 10 listopada 1943, za męża, który był w radomskim AK, zapytała starszej od nas, może 60-letniej więźniarki: „Czy ja mogę sobie raz tylko ugryźć? Tylko jeden raz ugryzę”. „Naturalnie, jedz, tylko pomału, moje dziecko, nie zjedz wszystkiego, może najpierw cukier, dobrze?”. Pytała, jak małego dziecka. Potem popatrzyła na nas i rzekła: „Jedzmy, żywi odeszli od łaźni, umarłym już nie potrzeba. To stypa pogrzebowa. Niech im ziemia lekką będzie. Widocznie tak Bóg chciał”.

Na drugi dzień już przy każdych drzwiach stał esesman i nie pozwolił nam podnosić z podłogi pozostawionej żywności. Byłyśmy tak słabe, a na zorganizowanie tego chleba trzeba mieć siłę i chęć do życia, a my jej już nie miałyśmy. Byłam trzeci raz muzułmanem. Ale trzeba żyć. I Luba. Teraz też myślałam o niej. Wczoraj zaniosłam jej chleb, dziś kazałam zjeść jej całą zupę, którą jej naleją w garnuszek buchenwaldzki. Ile wytrzymam? Jak ona dożyje? Ale od Buchenwaldu jestem jej mamą. Nie mówi do mnie inaczej.

W czwartym dniu pracy na rampie spostrzegłam zaczerwienienia na rękach i nogach, miejsca potarte lub zadrapane piekły, a potem bolały. Te same objawy miała i Felisia.

Oparszywiałyśmy od wyładowywanych trupów, które były często ropiejące, brudne. Miejsca czerwieniały, a na dłoniach – na wierzchu i wewnątrz – tworzyły się brzydkie pęcherze, które pękały i wyciekała z nich śmierdząca, lepka ciecz. Potem przyszła kolej na nogi, uda, głowę. I znów pytanie – Ile przeżyję? Naloty wróżyły szybki koniec, czy teraz mam umrzeć. Miałam gorączkę. Zgłosiłam się do blokowej. Ta zabrała nas z Lubą i Felisią i dała nas do Bloku chorych. Któregoś dnia podniosłam głowę i zobaczyłam w nogach Lubę. Uśmiechnęła się do mnie i powiedziała: „Ciocia Felisia umarła, ale Ty otworzyłaś oczy, to będziesz żyła. Boli cię, powiedz gdzie?”. Kiedy stanęłam pierwszy raz na nogi, była już trzecia dekada lutego.

Zapytałam się, jak żyła Luba i komu mam podziękować, że się nią opiekowali. Odpowiedziały mi, że jest samodzielna i ona się mną opiekowała, poiła, karmiła, czasami myła i sprzątała po mnie. Powiedziały mi, że miała szkarlatynę i jakieś świństwo podobne do pęcherzycy, ale lekarka stwierdziła, że to nie jest ta choroba. Patrzyłam na twardą głowę, małe oczka, duże usta i mocne zęby. Luba patrzyła na mnie i uśmiechała się. Chodź do mnie córeczko, chodź, nie bój się, już po wszystkim, nie zarazisz się. Nie boję się, już będę z tobą zawsze. Kiwnęłam głową.

Jak wstałam, było nam już lepiej. Poszłam do kuchni, może coś dostanę dla niej, może spotkam kogoś znajomego. Dostałam obierki z brukwi i kartofli, pewnie obierane dla kierownictwa obozu. W marcu już było dużo lepiej. Spotkałam na lagrze „Stenię” władczą i pełną energii. Poznała mnie i zaproponowała mi pracę w kuchni, żebym jeszcze zorganizowała kilka kobiet, tylko nie muzułmanek. Poszłam po blokach i znalazłam wszystkie z rampy. Poszły ze mną do Lageralteste, obejrzała je i nazajutrz pracowałyśmy w kuchni na lagrze męskim. Lubę brałam ze sobą, siedziała w kącie, było jej ciepło i co chwilę dawałam jej coś do ust, by żuła. W piecach paliło się obuwiem po zmarłych więźniach, przeszkadzały podkówki, gwoździe, haczyki i okucia ze sznurowadeł, po każdej porcji trzeba było wyrzucać z małych palenisk. Kocioł zupy 400 litrów gotował się cały dzień. Było ciepło i mogłam pić gorącą wodę, mogłam zjeść trochę zupy.

Coraz częściej w bramie wejściowej widać było klęczących więźniów. Jedni w ustach mieli ucho ludzkie, inni w dłoniach mieli coś podobnego do wątroby lub kawałek bladoróżowego mięsa. Do mojego chorego umysłu i ciała nie doszło, że to „ludożerstwo”. Potem widziałam na lagrze małe kuchenki, skąd dochodziły zapachy mięsa, nikt nie widział białego chleba, nikt nie widział nic, prócz surowej lub gotowanej brukwi.

15 kwietnia 1945 r. weszły wojska angielskie, a oswobodzili nasz obóz Polacy z armii angielskiej. 30 kwietnia 1945 r. radzieckie władze wojskowe odebrały mi Lubę jako Rosjankę i wywiozły ją do Brunszwiku – do obozu radzieckiego. Na pożegnanie łkającej dziewczynce powiedziałam, że jej nie zapomnę, a ona dała mi mały zegareczek. Mam go do dziś, przypomina mi, że był ktoś, kto w takich ciężkich chwilach kochał mnie. Luba nazywała się Ignaczew, miała 5 lat, nie wiedziała, gdzie byli jej rodzice, gdzie mieszkała, raz podawała jedną wieś, potem drugą. Nie myślałam, że mi ją odbiorą. Sądziłam, że będę miała czas na odszukanie jej rodziców. Zrobili to inni. Byłam potem w tym obozie, ale Luby mi nie pokazali, uważali, że dziecko było do mnie przywiązane zbyt mocno i powtórne rozstanie byłoby niewskazane. Zobaczyłam ją z daleka, bawiła się z innymi dziećmi.

Po ogłoszeniu upadku III Rzeszy obóz Bergen Belsen zaczęto likwidować, a byłych więźniów przenosić do innych obozów utworzonych z miasteczek. Niektórzy na własną rękę ruszali do kraju. Z grupą chorych zostałam przeniesiona do Bergen – do koszar i szkoły żołnierzy SS, gdzie został utworzony szpital. Byłam chora na czerwonkę i miałam przecięte żyły w prawej stopie. Lekarz angielski zrobił mi zabieg operacyjny. Byłam tam cały maj i kilka dni czerwca. Potem z grupą więźniów przeszłam, a raczej pojechałam do strefy amerykańskiej do Bardowiku koło Lünenburga. W Bardowiku pracowałam w Gminie Polskiej oraz w Sekretariacie Szkoły Podstawowej. Pierwszym transportem wróciłam do kraju, było to 22 października 1945 r.

Wróciłam do Zawiercia. Ojciec nie wrócił, nie żył już 2 stycznia 1945 r. Są różne wersje jego śmierci. Że zmarł na niewydolność krążenia, druga, że jak zbliżał się front, kierownictwo obozu w Gross Rosen miało zlikwidować przez rozstrzelanie wszystkich chorych, którzy nie byli zdolni do transportu. Jeszcze inna wersja mówiła, że nastąpiła likwidacja wszystkich więźniów „czerwonych”. Prawdy nie znamy.

Brat Stanisław siedział w więzieniu w związku z nieujawnieniem się. Koledzy czy towarzysze z PPS i TUR, którzy poszli w służbę do UB, dostali zadanie złapania brata. Takim szczęśliwcem był Marian Przybysławski.

Na UB w Zawierciu siedziała moja matka i siostra Kamila. Tu wykazali się szczególną gorliwością bracia Henryk i Marian Kozłowie oraz Leon Wróbel. Kozłowie byli w OM TUR, Henryk, któremu dwa razy w życiu pomogłam, chodził ze mną do Liceum Kupieckiego w Zawierciu. W 1937 r. policja aresztowała 38 członków OM TUR, którzy należeli do Komunistycznego Związku Młodzieży Polskiej. W ten dzień, kiedy nastąpiły aresztowania, Heniek przyszedł do szkoły, a z chwilą rozpoczęcia lekcji weszli funkcjonariusze policji mundurowej oraz cywilnej i zabrali go. Miał on zwyczaj nosić do szkoły jeden gruby brulion, w którym zapisywał wszystkie lekcje. Tym razem przyszedł z małą czarną teczką. Z chwilą wejścia policji, jego kolega Józef Karon, który z nim siedział, teczkę tę przesunął do siebie, a potem odstawił na ziemię. Kiedy wyszli zabrałam teczkę, a na pierwszej pauzie zaniosłam do domu.

Była w niej odezwa, kilkadziesiąt ulotek i jedna broszura. Oddałam ojcu i czekałam, kiedy przyjdą po mnie. Heniek został aresztowany jako „czysty”. I w związku z tym dostał tylko 8 miesięcy Berezy Kartuskiej. Kiedy wrócił, serdecznie mi dziękował. Moment ten moi byli koledzy na usługach gestapo Stanisław Dachowski i Władysław Bryła przekazali do wiadomości Rudolfa Schneidera, który dodatkowo kilka godzin z tego powodu mnie badał.
Drugi wypadek to w 1942 r., jak Heniek wrócił do kraju z ZSRR. Mąż i ja chodziliśmy do jego kryjówki, proponowaliśmy różne wersje pomocy. Przerzutu przez nas nie przyjął. Pomoc finansową przyjmował, tak on, jak i jego rodzina. Oni to właśnie robili rewizję w domu mojej matki, oni ją aresztowali i oni ją przesłuchiwali, wyzywając brata, mojego męża i mnie, jako niepatriotów naszej ojczyzny.

Wiem, że nasza działalność może podlegać krytyce, ale na tak dużą ilość akcji i masowość zawierciańskiej PPS-WRN, która liczyła przecież 4000 ludzi, straciliśmy niewiele osób. W śledztwie Stanisław Stach i Stanisław Olszowy wzięli na siebie winę za kogo się dało. Byli głównymi oskarżonymi i tak dzielnymi, i zdecydowanymi. Przecież gdyby śledztwa nie wytrzymała nasza trójka, która znała bardzo dużo towarzyszy z Zawiercia i powiatu, Sosnowca, Krakowa, Warszawy, Będzina, Czeladzi itd., nie dożyliby towarzysze, jak Franciszek Torbus, Zdzisław Miciński, Lucjan Tajchman, Stefan Kura, Antoni Biedroń oraz wszyscy zawierciańscy towarzysze, którzy zostali przy życiu do wyzwolenia. Ta mała garstka aresztowanych umiała milczeć i dlatego w obozach było nas niewielu.

Ludwika Stach-Pęczkowska


Powyższe wspomnienia zostały spisane w roku 1987. Następnie ukazały się pod tytułem „Zawiercie – Auschwitz – Bergen Belsen” w pracy zbiorowej „Polska Partia Socjalistyczna w latach wojny i okupacji 1939-1945. Księga wspomnień”, tom 2, Polska Fundacja Upowszechniania Nauki, Polskie Towarzystwo Przyjaciół Pamiętnikarstwa, Warszawa 1995. Całość przygotował i sporządził wyjaśnienia w nawiasach kwadratowych Remigiusz Okraska.

|   Do góry   |   Strona główna   |

Centrum Inicjatyw Lokalnychwww.cil.org.pl

Newsletter

ALPANET - Polskie Systemy Internetowe