Dawne Zawiercie w fotografiach i opowiadaniach

Stefan Stefański

Złodzieje z okolic Zawiercia (1880)

Strona główna » Opowiadania » Złodzieje z okolic Zawiercia (1880)

Zdaje się, że niewinnością na punkcie poszanowania cudzej własności nie może pochlubić się żaden powiat szerokiego naszego kraju – ale w zuchwalstwie i mnogości popełnianych w tym kierunku przestępstw wyżej wymienione powiaty z pewnością trzymają prym.    

Tu już nie sporadycznie pojawiające się od czasu do czasu kradzieże drobne, ale uorganizowane bandy, rozbójnicze napady nocne, z bronią palną w ręku, są na porządku dziennym. Przed kilku miesiącami nie było jednej nocy, żeby gdzieś w okolicy paromilowej nie wykonano napadu, żeby nie ukradziono kilku sztuk bydła, koni i owiec; po czym bezkarnością ośmieleni złoczyńcy, po 8-12 w bandzie, napadać zaczęli na domy zamożniejszych włościan, na młyny itp., gdzie napadniętych wiązali i groźbą odebrania życia wymuszali oddanie całej posiadanej gotowizny i kosztowniejszych ruchomości.

W razie nieudania się napadu broniła się od pogoni uciekająca banda strzałami z dubeltówek i rewolwerów. Widownią takich rozbójniczych napadów były wsie: Kroczyce, Włodowice, Hucisko, Ślężany, Sokolniki oraz młyny na Pile i pod Białą Błotną.

Przyznać trzeba, że od czasu, gdy po napadzie na ostatni z wymienionych młynów, ujęto i do Włoszczowy odstawiono dwunastu uczestniczących w tym rozboju złoczyńców, spokojniej się w okolicy całej zrobiło i ustały na czas jakiś głośniejsze podobne wyprawy. Przyczyną tego: raz, że hersztów zabrakło, a po wtóre, że ci ich sojusznicy, którzy przypadkiem (np. jak niektórzy dla braku butów) w tej wyprawie udziału nie brali, a więc w ręce sprawiedliwości się nie dostali, przerażeni losem kolegów i z obawy o swój własny przycichli chwilowo, wyczekując co się stanie z aresztowanymi. Gdy jednak sprawa tamtych za długo im się zdaje przewlekać, bo od kilku miesięcy nie słychać o ogłoszeniu na nich wyroku, więc znowu natura zaczyna ciągnąć wilków do lasu, i na nowo rozpoczęły się kradzieże, wobec których jeżeli władze szybkich i energicznych nie przedsięwezmą środków, to nawet życie ludzi spokojnych zagrożonym być może.

Bo to złe zakorzeniło się w naszych stronach tak, że już nie pojedynczy złodzieje fachowi kradną, ale gospodarze stosunkowo zamożni nie brzydzą się rozbójniczym rzemiosłem; że są wsie całe, gdzie połowa ludności niemal trudni się uorganizowanym złodziejstwem; i że wszyscy włościanie okoliczni znają doskonale złodziei i wiedzą zawsze, co który z nich, kiedy i komu ukradł, ale za nic w świecie złodzieja nie zdradzą, bojąc się jego zemsty. Zaś dla władz bezpieczeństwa trudność ujęcia złodziei leży głównie w tym, że to nie włóczędzy jacyś bez dachu i ziemi, lecz ludzie po większej części osiadli, którzy przez dzień gospodarzy spokojnych udają, nawet urzędy sołtyskie piastują, a nocami chodzą na złodziejskie wyprawy.

A ponieważ w każdej prawie wsi jest co najmniej kilku włościan, należących do tego cechu, przeto każda rzecz ukradziona, czy to koń, czy krowa, czy wóz, podawane z rąk do rąk, w ciągu nocy przejedzie zawsze z jednego powiatu do drugiego, i oddali się od miejsca popełnionej kradzieży tak, że wszelkiej pogoni pomyli ślady. Zbytecznym chyba byłoby dodawać, że starozakonni [Żydzi] (z Kromołowa i Włodowic) dzielną też są złodziejom pomocą zarówno w przechowywaniu rzeczy kradzionych, jak i w kupowaniu od nich tanim kosztem nabytych towarów.

Szczęściem, że i pomiędzy złodziejami trafiają się niesnaski, które w skutkach bądź to karę zasłużoną sprowadzają na nich, bądź uwalniają społeczeństwo od tych parszywych owiec. Tak przed kilku dniami spaliły się w Sokolnikach budynki włościanina jednego, a on sam zaledwie z duszą uciekł z płomieni. Ludek poczciwy teraz dopiero opowiada sobie, że ów człek przechowywał u siebie zawsze przyprowadzone z daleka kradzione rzeczy, ale przeniewierzał się niekiedy wspólnikom swoim, obracając część onych na swoją wyłączną korzyść. Otóż poszkodowani złodzieje przez zemstę podpalili mu chałupę na cztery rogi w nocy, podparłszy przedtem drzwi mocno, w zamiarze upieczenia zdrajcy w zgliszczach własnego domostwa. Nie udała im się jednak sztuka – bo choć osmalony, wydobył się z płomieni ciasnym okienkiem.

Tak znowu w gminie kroczyckiej w zeszłym tygodniu uwolniła nas opatrzność naraz od dwóch niebezpiecznych złodziejów. Żyd z Kromołowa z włościaninem z Żerkowic zawiązali z dawna spółkę w celu kradzieży bydła. Raz ów ukradł, a ten odprowadzał w dalekie strony, drugi raz kradł ten, a ów sprzedawał na odległym gdzieś jarmarku. Rzemiosło szło dobrze, stąd rozrachunki pomiędzy wspólnikami częste. Otóż z ostatniego rozrachunku wypadało, że chłop winien był Żydowi 5 rubli srebrnych, ale powiedział, że ich nie ma; Żyd nalegał natarczywie o oddanie należności, więc chłop przebiegły zwierza mu się, że ukradł zeszłej nocy parę owiec, że trzyma je w lesie i nimi chce spłacić dług. Łatwowierny Żyd idzie do lasu po owe owce, a tymczasem chłop zabija go, przywiązuje po śmierci jeszcze rzemieniem za szyję do krzaku jałowca, a sam najspokojniej wraca do domu. Przypadek zrządził, że inni włościanie, którzy słyszeli rozmowę powyższą, znaleźli rychło w lesie żydowskiego trupa; więc domyślili się snadnie mordercy, u którego też rzeczywiście znaleziono w chałupie świeżo pozapierane z krwi rękawy u koszuli i sukmany. Zbrodniarz natychmiast został aresztowany i oddany sądowi olkuskiemu.

Toż i energiczny pisarz kancelarii gminnej kroczyckiej, p. Wyganowski, z pochwały godną wytrwałością, śledzi i wyławia złodziei z pomocą straży ziemskiej – i świeżo znowu aresztował paru przekonanych o kradzież wieprzów – ale cóż pomoże choćby i największa energia kilku ludzi dobrej woli wobec tak rozgałęzionej organizacji złodziejskiego rzemiosła i wobec powszechnej niemal między ludem wiejskim demoralizacji. Wśród tak nadzwyczajnych okoliczności tylko nadzwyczajne środki mogły by pożytecznie oddziałać, tylko nadzwyczajna surowość sądów może jeszcze odstraszyć i poprawić tych, co niezbyt jeszcze głęboko zabrnęli, i co nie nędzą rzeczywistą, ale tylko próżniactwem popchnięci zostali do brania udziału w nabywaniu dostatków bez pracy.

Niedawno w którymś z pism warszawskich zdarzyło mi się czytać korespondencję z prowincji, użalającą się, że sądy teraz za lada bagatelę skazują na więzienie, skutkiem czego domy kary przepełnione są winowajcami. Czytanie tych skarg nastręczyło mi myśl, że albo szanowny korespondent, który tak lituje się nad smutnym losem złodziei, musi mieć mocną kasę wertheimowską, w której bezpiecznie mieści wszystkie swoje precjoza, albo też nie ma nic, co by mogło być skradzione... Ale nam rolnikom, choć biednym, dał Pan Bóg jaki taki dobytek, którego w skrzynkę schować nie możemy, a którym przecież dzielić się na poły ze złodziejami nie mamy ochoty.

Nam, otwarcie powiem, taka litość niewczesna wydaje się czymś anormalnym; my bo od lat paru już opędzamy się złodziejom własnymi siłami – ale to wysiłkiem wszystkich sił – a opędzamy się bezskutecznie; wyglądamy od władz bezpieczeństwa publicznego pomocy energicznej, a od sądów uwolnienia nas od tej plagi, wobec której egzystencja gospodarstw naszych zagrożona i mienie, a nawet życie nasze niepewne. Tu na bok z miłosierdziem, gdzie byt społeczeństwa całego jest zagrożony. Precz z filantropią, mającą litość nad kilkunastu parszywymi owcami, a oddającą na pastwę zarazie całe zdrowe jeszcze stado.
Tu jeden tylko ratunek jest widoczny: oddzielić czym prędzej chore od zdrowych, bo zaraza ogarnie cały lud. Złodziejów wykwalifikowanych wywieźć; wahających się między występkiem a cnotą odstraszyć od wstępowania w ślady tamtych; a pokoleniu młodszemu dać oświatę i bojaźń Bożą wpoić, żeby go już w przyszłości nie potrzeba było kurować tak energicznymi środkami.

Wracam jeszcze do sprawy owych dwunastu rabusiów, uwięzionych w październiku czy listopadzie roku zeszłego po napadzie nocnym na dom młynarza koło Białej Błotnej. Fakt uwięzienia ich stanowi epokę w okolicy naszej, bo pierwszy to raz od lat wielu udało się władzy dostać do matni tak niebezpiecznych, a tak długo bezkarnie wojujących zuchów. Wyroku na nich czekamy z niewysłowioną ciekawością i niepokojem, zarówno my wszyscy, cośmy przez nich przez lat kilka ograbiani byli – jak i ci ich wspólnicy, co z nimi razem kradli, wyprawy rozbójnicze urządzali, a dotąd nie wpadli w ręce sprawiedliwości. Każdy chłop zna ich, w każdej wsi okolicznej jest ich po kilku przynajmniej; z trwogą wyczekiwali oni dotąd, czy koledzy nie wygadają czego na nich, jęli się już byli nawet pracy i zaprzestali chwilowo praktyk złodziejskich; dziś ośmieleni bezkarnością za dawne grzechy, rozpoczynają przerwane rzemiosło na nowo.

Inni znowu włościanie, którzy do wypraw nocnych z tamtymi nie należeli, ale zjedli może od czasu do czasu część mięsa z upolowanych baranów, i wiedzieli dobrze o każdej sprawce złodziei – milczeli długo w oczekiwaniu, że ujęci mogą jeszcze uniewinnić się przed sądem, i powrócić, i mścić się na gadatliwych. Więc i sędziemu śledczemu nie mówili wszystkiego, o czym wiedzieli, i pomiędzy sobą zachowywali ostrożność, żeby nie być pomówionymi o zdradę. Teraz przecie, gdy po kilku miesiącach więźniowie nie wracają, gdy jak wieść niesie, z Włoszczowy już do Kielc odesłani zostali i prędko prawdopodobnie nie wrócą – rozwiązywać się zaczynają pomału języki, i opowiadają sobie ludzie jak to było, kto do której wyprawy nocnej należał, co komu zrabowano, i jak się odbył podział nakradzionych przedmiotów... Myślę, że dzisiaj sędzia śledczy dowiedział by się znacznie więcej, niż mu przed pół-rokiem opowiedziano; i nie dwunastu, ale przynajmniej trzy razy tylu winowajców dostałoby się pod klamkę.

Nagi fakt ostatniego, wyżej wzmiankowanego rozboju, był następujący: Dwunastu ludzi, o poczernionych twarzach, z przyprawionymi brodami, z czterema strzelbami i dwoma rewolwerami, zgromadziło się z kilku wiosek okolicznych o północy w lesie pod Kroczycami, i napadło wspólnie na młyn za Białą Błotną, blisko o milę stamtąd odległy. Młynarza i młynarkę skrępowano, powróz mu na szyję założono i pod groźbą natychmiastowego powieszenia, kazano sobie wydać wszystką gotówkę i kosztowności, jakie to małżeństwo posiadało. Dziewczyna, która z drugiej izby oknem wyskoczyła i do wsi po ratunek pobiegła, przeszkodziła gruntowniejszemu rabunkowi, a może i spełnieniu morderstwa. Złoczyńcy pochwycili tylko, co się unieść dało, i salwowali się ucieczką. Wkrótce jednak, częścią zdradzeni przez jednego z wspólników, częścią poznani przez młynarkę, wszyscy uwięzieni zostali. Otóż głos powszechny wskazuje kowala S. jako herszta tak tej wyprawy, jak i wielu innych, z rozmaitym powodzeniem dokonanych poprzednio. Oto, co więcej o nim opowiadają: Dniem przedtem miał tenże kowal zamiar obrabować starozakonnego Berka w Kroczycach.

Dowiedziawszy się szczegółowo od Żyda z Podlesic, gdzie Berek ma schowane 12 000 rubli, wybrał  się S. z synem i kilku zmówionymi towarzyszami na dom Berka w nocy. Dwóch z tych złoczyńców już nawet weszło do niego – ale niespodziewanie zastali tamże pięciu innych nocujących Żydów – a tak napad się nie udał, a rabusie niepoznani umknęli. U wdowy Bożkowej w Ślężanach tenże kowal z synem i pięciu innymi wspólnikami, wdarli się nocą przemocą do chaty, splądrowali takową w przytomności właścicielki, zabrali między innymi 150 rubli, 7 sztuk płótna i parę połci słoniny. Płótno i słoninę rozdzielił kowal między pomocników swoich, a pieniądze wszystkie zatrzymał dla siebie. We wsi Hucisku u włościanina Jęderki, S. z ośmiu towarzyszami zabrał 5000 złp. banknotami, które podobnież wystraszył na właścicielu groźbą powieszenia. W Bobolicach napadł na dom włościanina w siedmiu. Gdy go dobrowolnie do chaty wpuścić nie chciano, usiłował włamać się gwałtem – ale gdy gospodarz zagroził, że siekierą tnie pierwszego, co łeb wsadzi do izby, poprzestali rabusie na daniu kilku wystrzałów do chaty, i zabraniu wszystkich owiec temuż gospodarzowi. W Sokolnikach strzelano także do ludzi broniących swego mienia wśród podobnego napadu.

To tylko w czterech graniczących z sobą wioskach i w krótkim przeciągu czasu – ale ile oprócz tego nakradł kartofli w Kotowicach, zboża różnego w Zdowie, krów i owiec po różnych miejscach, to i spamiętać nie podobna; dość że nie próżnował żadnej nocy. Pozostała po nim żona, będąc w posiadaniu znacznych nakradzionych przez męża i syna kapitałów, zwierza się przed ludźmi, że chętnie by część onych poświęciła na wykupienie tych dwóch gagatków z niewoli kieleckiej – i ja też w tych myślach i zabiegach czułej żony i matki nic nie upatruję zdrożnego...

Ale co pomyślicie o człowieku inteligentnym, mianującym się adwokatem z Kielc, który przyjeżdża w te strony, zwołuje do siebie żony owych dwunastu uwięzionych, targuje się z nimi, żąda po 50 rubli od głowy, i przyrzeka, jeżeli mu złożą żądane pieniądze z góry, wyjednać w sądzie uniewinnienie zbrodniarzy. Inne kobiety odpowiedziały, że nie mają pieniędzy, kowalka już ryzykowała zapłacić za dwóch swoich, ale rzekomy adwokat powiada, że dwóch bronić się nie podejmie... Potem przysyłał po nią znowu, i znowu nawiązały się targi, tylko baba zmądrzała – bo jej ludzie doradzali „że żeby to był sam sędzia, to co innego, ale taki jakiś adwokat, to może on temu nie poradzi, jeno pieniądze chce wyłgać” – więc mu obiecała tylko, że da mu 200 rubli, ale dopiero wtedy jak jej męża i syna uwolni. A byli i tacy co doradzali: „dajcie mu! To jest dobry adwokat, on już i gorszych od waszego potrafił od nieszczęścia wybawić...”. Jakież pojęcie o słuszności, o sprawiedliwości, o prawie i o powadze sądu może wyrobić się u ciemnego naszego ludu, gdy takim przemysłowym rycerzom wolno będzie bezkarnie wyzyskiwać tego ludu ciemnotę, i bałamucić go w tak niegodziwy i tak wysoce niemoralny sposób ? Za długo może nudzę was lokalną historią smutnych stosunków niewielkiej okolicy naszej – ależ zdało mi się koniecznym napiętnować hańbą publicznie wyzyskiwacza, który jeżeli był kiedy adwokatem, to stał się zakałą tego szanownego stanu, i prawo bronienia spraw odjętym być mu powinno; a z drugiej strony zdało mi się potrzebnym objaśnić niektórych panów piszących, którzy z daleka tylko i z widzenia znają nasz ludek – jakim on w rzeczywistości jest, jakim mógł by być, gdyby był umoralniony i oświecony, a jakim stać się może, gdy będzie zostawiony przemysłowi własnemu, rzucony na pastwę wrodzonego lenistwa i namiętności, a jeszcze gdy objaśniany będzie w rzeczach sprawiedliwości przez takie indywidua, jak wyżej wzmiankowany adwokat.

Tekst pierwotnie ukazał się w czasopiśmie „Gazeta Sądowa Warszawska” nr 3(15).05.1880 r. pod oryginalnym tytułem „Z powiatów włoszczowskiego i olkuskiego”.
Tekst wyszukał i przygotował Jerzy A. Maciążek.
Dokonano poprawek pisowni według obecnych reguł.

|   Do góry   |   Strona główna   |

Centrum Inicjatyw Lokalnychwww.cil.org.pl

Newsletter

ALPANET - Polskie Systemy Internetowe