Dawne Zawiercie w fotografiach i opowiadaniach

Stefan Stefański

Burze i ulewy przed laty – Zawiercie i okolice

Strona główna » Opowiadania » Burze i ulewy przed laty – Zawiercie i okolice

Oberwanie się chmury i smutne następstwa. Pisma krajowe donosiły już o oberwaniu się chmury dnia 15 m.b. między Myszkowem i Zawierciem, oraz o szkodach zrządzonych na plantach kolei warszawsko-wiedeńskiej. Ale wielkie zniszczenie, jakie biednych włościan przy tym wypadku nawiedziło, trudno opisać. Największe szkody poniosły wsie Blanowice, Pomrożyce i część Łośnic w pobliżu Zawiercia w powiecie olkuskim, w parafii Kromołów. Klęskę rozpoczął ulewny deszcz. Przy wielkim wietrze lał literalnie jak z upustu. Następnie uderzył grad, który wszystkie zasiewy wyciął i grubą warstwą lodu zasypał. Jeszcze gradowa nawałnica nie skończyła, gdy powstał wrzask tłumiący huk żywiołu: był to płacz nieszczęsnych mieszkańców wsi, bo nagle wezbrane wody poczęły domy z ludźmi i budowle zabierać. Ogromne kilkułokciowej grubości topole wyrwane, woda jak krzaki niosła.

Jednemu włościaninowi posiadającemu kilkadziesiąt pniaków pszczół wszystkie zabrała. Biedny lud stracił całe swoje mienie, przednówek u niego ciężki, niejeden za pożyczone pieniądze zasiewów wiosennych dopełnił: w głodzie pocieszał się nadzieją rychłych zbiorów, a tu jedna zniszczyła całą nadzieję. Przybiegli z płaczem do mnie, abym im w nieszczęściu poradził, ale sam jeden niewiele prócz łez współczucia mogłem. Jednak wspomniałem sobie, że ten Pan, który zsyła klęski, stwarza równie szlachetne serca, który by smutne dole bliźnich słodziły. Więc w Imię Chrystusa Pana udaję się do wszystkich, którym nieszczęście bliźnich nie jest obojętne, aby pośpieszyli z pomocą dla włościan wyżej wspomnianych. Prośba niniejsza, u kogo łaskawy przystęp znajdzie, niech raczy nadesłać ofiarę osobiście lub za pośrednictwem gazet przez Stację Drogi Żelaznej Warszawsko-Wiedeńskiej w Zawierciu na ręce proboszcza w Kromołowie lub miejscowego Wójta Gminy. Ofiary nadesłane i podział ich w jednej z gazet warszawskich umieszczone będą.

Ks. Józef Leśniowski, Proboszcz parafii Kromołów

Gazeta Kielecka, 17.06.1879 r.

 

Powódź w okolicy Częstochowy


W sobotę 14 czerwca nawiedziła okolice Częstochowy, mianowicie zaś Myszków, stacje kolejowa warszawsko-wiedeńska, burza połączona z oberwaniem się chmur deszczowych, skutkiem czego istotna powódź powstała. Woda spłynęła z wielką siłą na miejsca niżej leżące, powyrywała w drodze pnie drzew i odrywała kawały ziemi. Małe strumyki wzrosły do bystrych rzek, a pnie drzew z taką siłą o żelazne filarów licznych w tym miejscu mostów kolejowych uderzały, że wkrótce kilka mostów zniknęło pod wodą. I tak między stacjami Zawiercie i Myszków zarwało się pięć żelaznych mostów. Krótko przed burzą jechał pociąg pośpieszny z Wiednia do Warszawy; musiał jednak kilkanaście wiorst za Zawierciem stanąć, gdyż most najbliższy zerwał się. Konduktor postanowił wrócić do Zawiercia, ale już mosty tylne padły ofiarą rozjuszonego żywiołu. Nie pozostało więc podróżnym nic, jak całą burzę w strachu przeczekać w wagonach. Z grobli, na której pociąg stał, widziano tylko obszary wody sięgające do Myszkowa, która wszystko, co jej na drodze stało, niszczyła. Dopiero po burzy wysiedli podróżni i brnąc po kolana w wodzie dostali się do Myszkowa, gdzie w kilku kamiennych domach znaleźli schronienie. Wał kolejowy w kilku miejscach woda podmuliła i zabrała, tak, że tylko progi i szyny kolejowe w powietrzu wisiały. Z młynów wodnych nie pozostało ani śladu. Najdziwniejsze, że pomimo tak niespodziewanej powodzi ani jedna osoba nie utraciła życia. Przez niedzielę i poniedziałek woda ustąpiła i wzięto się rączo do naprawy szkód i kolei. Mimo to przez dwa tygodnie komunikacja między Wiedniem a Warszawą będzie przerwana. Szkoda zrządzona wynosi półtora miliona rubli.

Goniec Wielkopolski, 25.06.1879 r.


„Kurier Warszawski” otrzymał następujący list z 18 go czerwca pisany przez p. Kazimierza Langiego, o katastrofie powietrznej w okolicach Myszkowa: „Telegramy i biuletyny handlowe powiadomiły was o tym, co wskutek oberwania się chmury zaszło na linii drogi żelaznej między Myszkowem a Zawierciem, ale od nas rolników biednych nie doszła was jeszcze na tę ulewę skarga, choć straty nasze z kilkunastu dotkniętych nią wiosek, w czambuł wzięte, zaprawdę większą reprezentowałyby szkód sumę niż szkody na kolei zrządzone. W sobotę dnia 14 b. m. około godziny 2 z południa, przeleciała nad głowami naszymi złowieszcza szaromiedzianych barw chmura, która najprzód sypnęła nam w oczy gradem dochodzącym wielkości laskowego orzecha, potem ryknęła tysiącem grzmotów, a nareszcie jakby pękła nagle, wylała na pola nasze strugi deszczu, który nie padał, ale literalnie wylewał się potokami z zagniewanego nieba; miejscami nie trwała ta ulewa dłużej nad kilka minut, miejscami do kwadransa, a jednak w oka mgnieniu stanęły wszystkie niżej położone miejscowości pod wodą, a na wyższych ukazały się nagle spienione wód strumienie, które szalonym pędem toczyły się w doliny. Gdyby serce nie bolało wówczas na myśl, że z potokami tymi płynie gdzieś do rzek i mórz i chleb powszedni, i łzy wielu ubogich rodzin – to zaiste rozkoszować by się można było majestatyczną pięknością widoków, jakie się objawiły zaraz po ustaniu ulewy. Oczywiście że żadna grobla, żaden most, żaden młyn w kilkomilowej okolicy całej nie wytrzymał silnego tego wód natarcia. Pale kafarem wbite, powyrywane tą wodą, belki i pokłady mostowe, wozy, ule, sprzęty różne, chlewiki całe, a nawet nierogaci mieszkańcy tych chlewków, gdzieniegdzie nawet krowy i konie zaskoczone na pastwisku, wszystko płynęło z powodzią, przez stawy, łąki i nizinne między wzgórzami pola. To szczęście jeszcze, że katastrofa nastąpiła wkrótce po południu, gdy bydło wszystko było w oborach, bo żeby tak o dwie godziny uwcześnij lub o godzinę później, to setki pastuszków włościańskich i setki pilnowanego przez nich dobytku byłyby śmierć znalazły w tych nurtach rozszalałych improwizowanych rzek. Przez kilka godzin nie mogłem oczu oderwać od strasznego tego widoku, który przykuwał widza niesłychaną grozą i pięknością zarazem, a jednocześnie przyginał umysł jego ogromem objawionej potęgi i siły. O oglądaniu szkód w polu zrządzonych mowy nawet tego dnia być nie mogło (…) Siadłem znowu na konia, i rzemiennym dyszlem, od wsi do wsi zbaczając, objechałem półkole północno-zachodnie od siebie, o promieniu 3-4 mil. Potem com w domu widział, pojęcia nie miałem wcale, żeby mogła była klęska owa tak olbrzymie przybrać rozmiary i zrządzić tyle niepowetowanych szkód, jakie w tych biednych zalanych wioskach znalazłem; niektóre z nich wybił grad, niektóre ucierpiały tylko od polewy gwałtownej, ale i te, i tamte straty są niczym w porównaniu ze szkodami, jakie zrządziły wody płynące w miejscowościach niższych i spadkowych, takich nawet, gdzie ani gradu, ani deszczu ulewnego nie było.

Ulewa, o ile z opowiadań niezbyt zresztą zgodnych, wymiarkować mogłem, uderzyła równocześnie prawie na przestrzeni kilkunastu mil kwadratowych między Kromołowem, Siewierzem, Koziegłowami, Olsztynem, Przyrowem i Lelowem. Czy wyżej na północ ku Częstochowie lub Radomsku posunęła się, nie wiadomo mi dotąd. Ale od wschodniej strony linia Kroczyce, Dobrogoszczyce, Lelów i Koniecpol była niejako jej granicą. Na dwóch przeciwnych tej granicy krańcach, straty rolnicze były równie straszne, choć różne: o Rudnikach (pod Zawierciem) opowiadają, że woda zniosła prawie na całym majątku urodzajną ziemi warstwę, w Mełchowie zaś (między Lelowem a Koniecpolem) zbił grad zboża dworskie do tego stopnia, że z bardzo pięknych ozimin ocalał zaledwie co dziesiąty kłos. Jęczmień, łubin, groch, miejscami literalnie w ziemię zostały wbite, ziemniaki pokryte twardą skorupą naniesionego mułu i piasku, a żyta wyłamane na niektórych polach w pień i przytłoczone do ziemi tak, że nawet na paszę wykosić by je trudno. W Podlesiu, majątku sąsiadującym z Mełchowem, widziałem z dużego łanu żyta, tylko kilkunastomorgowy pas, wytłoczony kompletnie gradem, a za tym pasem długa linia, prosta jak strzał, rozgranicza żyto zdrowe, ścianą stojące, od powalonego zbitego. Tak wielkiej szkody jak w Mełchowie nie zrządził grad w żadnej z tych wsi, które objechałem wczoraj. Strata prawda ogromna, której ani jeden, ani parę nawet urodzajnych lat następnych wynagrodzić nie będzie w stanie. Ale maleją i te straty jeszcze wobec szkody doznanej gdzieniegdzie od potoków płynących, której ani lata następne, ani kredyt chwilowy, ani całożyciowa praca rolnika naprawić już nie zdoła. Tu grad zniszczył jednoroczny procent od kapitału reprezentowanego przez ziemię, tam zabrała woda nie tylko procent, ale i sam kapitał! We wsi Trzebniowie (między Żarkami a Janowem), łąkę dworską na bardzo znacznej przestrzeni i o bujnym trawy poroście, widziałem naniesioną piaskiem drobnym miejscami na łokieć grubo. Wiele lat przejdzie pewnie, nim właściciel te ławice piaskowe uprzątnąć lub je do jakiejkolwiek kultury doprowadzić potrafi. Większe atoli od niego straty w ziemi ponieśli włościanie tejże wsi, bo z niektórych pól zdarła rozhukana woda całą warstwę rodzajną, tak, że nagi kamień biały świeci dziś trupią bladością w miejscu żywej wczorajszej zieleni – indziej podobnie jak na łące dworskiej spotykałem zboża przywalone grubymi ławami piasku i kamieni olbrzymich; ławami tak grubymi, że życie człeka nie starczy na ich uprzątnięcia – a jeszcze indziej, środkiem pomiędzy bujne grochy, żyta, ziemniaki i kapusty, powyrywane głębokie jary, które jako świadkowie minionej klęski zostaną już nieużytkami na wieki. Mierzyłem niektóre z tych parowów, wyrwanych wodą na gładkiej jeszcze wczoraj powierzchni: rozmaita ich szerokość wynosi od 3 do 10 sążni, głębokość od 4-12 stóp. Choćby chciano je kiedy orać, zboże się nie utrzyma, bo raz już zrobione, pogłębiać coraz, wymywać i obrywać nie omieszka każdy cokolwiek silniejszy deszcz; po każdym deszczu woda z gór pędzić już będzie tymi szlakami; z biegiem lat wąwozy takie rosną, coraz posuwają się stale ku górze, podrywając po każdej ulewie grunt nad sobą leżący – póki gdzieś nie oprą się o skały twarde, albo o gęsto zadrzewiony las...

(…) W mieście Żarkach ulice i uliczki zamieniły się w rzeki, a na obszernym rynku dotąd stoją kałuże głębokie i leży gruba namuły warstwa. Pod Jaworznikiem pięć młynów zebranych, kuźnia zniesiona i grobla murowana na szosie przepruta na poprzek szeroko parowem. Pomiędzy Myszkowem a wydartym Zawierciem pięć mostów kolei żelaznej rozsypało się w gruzy, a pociąg pośpieszny podobno pokutuje tam dotąd pomiędzy przepaściami dwiema... Ależ o tym wiecie już pewnie, boć tam przecie cywilizowany świat, koleje i telegrafy na usługi, tylko my tu na uboczu, po dawnemu jeszcze. Z ocalałych tu i owdzie resztek wnioskując, pięknego urodzaje mieliście tego roku – zagadnąłem włościanina w Trzebniowie. „Oj było panie, było – odrzekł smutno staruszek. – Dał Pan Jezus, dał, ale pokazał tylko i odebrał zaraz, może za karę, za grzechy naszego żywota”. Miło mi było usłyszeć te wyrazy, malujące rezygnację i niewygasłą jeszcze do szczętu religijność u naszego ludu. Włościanie najbardziej dotkniętych wsi mają nadzieję, że rząd podatki roczne im daruje – w każdym razie godziłoby się, żeby się zajęto sprawdzeniem, ile ziemi chlebnej ubyło tym biednym ludziom, bo ilość nieużytków nie podlegających opodatkowaniu powiększyła się tam dzisiaj o wiele.

Gazeta Warszawska, 16(28).06.1879 r.

Informacje wyszukał i przygotował Jerzy A. Maciążek

|   Do góry   |   Strona główna   |

Centrum Inicjatyw Lokalnychwww.cil.org.pl

Newsletter

ALPANET - Polskie Systemy Internetowe